Paweł Alancewicz. Fot. Artur Szczepański / archiwum stomil.olsztyn.pl

Paweł Alancewicz. Fot. Artur Szczepański / archiwum stomil.olsztyn.pl

Paweł Alancewicz: Byłem niecierpliwy, szybko się nudziłem

08.02.18 11:15   em   0  

Do seniorskiego Stomilu trafił w 2007 roku. W olsztyńskim klubie grał przez cztery lata. Marzył o grze w I lidze, ale był niecierpliwy i nie doczekał się awansu w rodzinnym mieście. Trafił do Polonii Bytom w której grał m.in. z Jakubem Świerczokiem. Po poważnej kontuzji nie wrócił do poważnego grania. Marzył o grze w Ekstraklasie, był bliski transferu do Korony i Jagi. Teraz zrezygnował z futbolu i prowadzi własny biznes. Jego klientami są również... lokalni piłkarze.

- Na pierwszy trening zaprowadził ciebie starszy brat Michał, czy może tata?

- Zaskoczę ciebie, bo była to moja mama. Andrzej Nakielski robił nabór w jednej z podstawówek na Pieczewie. Pamiętam, że dostawało się takie karteczki z różnymi rysunkami. Ja dostałem zakręconego ślimaka. Po dwóch-trzech dniach okazało się, że się nadaję i tak to się wszystko zaczęło. Ale wiem dlaczego zapytałeś o brata. To prawda, że z Michałem na początku grałem w piłkę na podwórku. To on pokazywał mi pierwsze zwody, triki, przyjęcie piłki. Brat trenował wtedy u Waldemara Ząbeckiego i Czesława Żukowskiego. Z treningów przelewał na mnie niektóre rzeczy. Tak to się wszystko fajnie potoczyło.

- Potoczyło się tak, że w 2007 roku trafiłeś do seniorskiego Stomilu, który awansował właśnie do III ligi.

- Trafiłem z Mrągowii Mrągowo, którą prowadził wtedy Ś.P. Andrzej Biedrzycki. Bardzo mi pomógł w piłce seniorskiej, podobnie jak Mirek Romanowski. Z Mrągowa pochodził Łukasz Kościuczuk, który podpatrywał mnie na meczach Mrągowii. Podpowiedział wtedy Andrzejowi Nakielskiemu żeby mnie sprawdził.

- Szybko wskoczyłeś do podstawowego składu.

- Trener stopniowo mnie wprowadzał do drużyny, ale zagrałem od pierwszej minuty w meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki (zwycięstwo 1:0 - red.). Później wchodziłem z ławki rezerwowej.

- Jak z perspektywy czasu oceniasz czteroletni pobyt w Stomilu?

- Grałem wtedy u wielu trenerów, dużo piłkarzy przewinęło się wtedy przez zespół. Dla mnie to były fantastyczne chwile. Wychowałem się w Stomilu i zawsze chciałem grać w tym klubie. Zabrakło mi jedynie gry z bratem w jednym zespole. Cieszę się też, że klub na mnie zarobił. Jak przechodziłem do Polonii Bytom, to bodajże 40 tysięcy musieli przelać za moje wyszkolenie. Można było zapłacić pensje chłopakom, bo wiadomo jak to z finansami u nas w Olsztynie.

- Najfajniejszy okres w Stomilu to ten gdzie była niezła paka jak na III ligę ze Zbyszkiem Małkowskim, Marcinem Winclem, czy Grześkiem Piesio?

- Tak. Niewiele nam brakowało do awansu. Przełomowym spotkaniem był mecz u siebie z Górnikiem Wieliczka. Zbyszkowi wtedy piłka "przelała" się przez ręce na strasznie nierównej murawie. Przegraliśmy 0:1. Wtedy był największy ból. Był taki moment, że wygrywaliśmy mecz za meczem, a z tym Górnikiem zabrakło nam szczęścia. Szkoda... Wtedy była taka prawdziwa Stomilowska paczka. Generalnie szatnia w Stomilu jest bardzo fajna. Były też kłótnie, były spory, ale zawsze potrafiliśmy dojść do porozumienia. Mogliśmy wyjść razem na miasto i spokojnie porozmawiać i wszystko sobie wyjaśnić.

- Jajcarskie akcje też pewnie były?

- Jasne, że były! Pamiętam, że trener Ryszard Łukasik nie potrafił wyłączać naszego radia w szatni. Zawsze prosił najmłodszego Piotra Głowackiego. Michał Renusz miał takie białe adidasy i ktoś inny też w takich trenował. Nastąpiła podmianka i Michał potrafił trenować przez tydzień w za małych butach. Męczył się, a po tygodniu gdy odczuł ulgę, to nawet nie wiedział, że ktoś sobie jaja robił. Kuba Kowalski zakosił mi kiedyś kluczyki od auta i przestawił furę na parking koło Pana Tadeusza. Ale byłem wtedy wściekły jak zobaczyłem, że nie ma auta przed klubem.

- Rzeczywiście chciałeś odejść ze Stomilu?

- Chciałem się sprawdzić w wyższej lidze. Ja szybko się nudzę i potrzebowałem zmiany. Cały czas graliśmy w II lidze, dopiero jak odszedłem to był awans. Może gdybym był bardziej cierpliwy, to bym ze Stomilem grał w I lidze.

- Mogłeś odejść wtedy do Pogoni Szczecin.

- Tak, był taki temat. Jagiellonia Białystok była mną też zainteresowana. Wcześniej jak miałem topowy sezon, to chciała mnie u siebie Lechia Gdańsk. W okresie gdy w klubie kuratorem był Marek Szter, to najbliższej byłem przenosin do Białegostoku, bo już nawet mój menadżer Marek Citko dogadał indywidualny kontrakt. Niestety temat upadł, rozeszło się o pieniądze za transfer. Nie żałuje jednak tego. Trafiłem do Polonii Bytom.

- Jak do tego doszło?

- Menadżer załatwił mi testy i pojechałem do nich na obóz do Wisły. Dostałem telefon podczas randki z dziewczyną, musiałem ją zostawić i szybko polecieć do domu się spakować. Tata mnie zawiózł. Na pierwszej rozgrzewce dziurę załadował mi Kuba Świerczok. Chłop młodszy od mnie taki numer mi robi na samym początku testów. Masakra. Zagotowałem się na początku. Dwa tygodnie testowałem się i przekonałem do siebie Dariusza Fornalaka i Jacka Trzeciaka. Dużo dała mi śląska szkoła piłki. Miło wspominam ten okres w życiu. Za ciężką pracę trenerzy dawali nagrodę. Jak widzieli, że zapierdzielasz, to dostawałeś swoją szansę.

- Mecz z Lechem Poznań w Pucharze Polski chyba pamiętasz najbardziej.

- Strasznie mnie bolał ten mecz. Do podziału na zespół było 50 tysięcy złotych. Prowadziliśmy nawet 1:0 po golu Paulisty. Dawałem siebie w tym meczu maksa, a oni tak dobrze grali... Przy remisie 1:1 w dogrywce dostałem drugą żółtą kartkę, w konsekwencji czerwoną, rzut karny i Rudņevs strzela bramkę, potem kolejną. Do końca życia będę ten mecz pamiętał.

- Wspomniałeś już o Świerczoku. Jak go wspominasz? Już wtedy wykazywał zadatki na bardzo dobrego piłkarza, który może zagrać w mistrzostwach świata?

- Trzymałem się z nim bardzo dobrze, mimo tej pierwszej sytuacji na treningu. Jak już poszedł do Niemiec, to mi przysłał buty z Kaiserslautern. Jak trafiłem do Polonii, to odkupiłem od niego buty. Miał wyrzuty sumienia, bo trochę na mnie zarobił, bo nie powiedział mi, że buty jednak były używane (śmiech - red.). Było widać, że ma potencjał, ma dobrą technikę i jest ambitny. Dużo trenował indywidualnie na siłowni z trenerem personalnym. My na to nie zwracaliśmy wtedy uwagi. Teraz już nie mamy kontaktu, rozeszło się to jakoś. Mam jednak kontakt z innymi kolegami.

- Jak się układało finansowo w Polonii?

- Po sprzedaniu Świerczoka do Niemiec było bardzo fajnie. Klub było stać wysłać nas na obóz do Turcji. Były wypłaty na czas, pojawiły się premie. Dopiero potem pojawiły się kłopoty. Rozwiązałem kontrakt, bo nie było płacone. Miałem być testowany w Górniku Łęczna, ale nic z tego nie wyszło. Zostałem na lodzie, ale dyrektor sportowy Polonii pomógł mi trafić do Stali Rzeszów. Sam zresztą później tam trafił.

- Dużo tam nie pograłeś z powodu kontuzji.

- Przepuklina pachwinowa z obydwu stron. Masakra. Ostatnie pół roku w Polonii to grałem już na zastrzykach. Powiększyły mi się wtedy żyły... szkoda gadać na ten temat.

- Półtorej roku nie grałeś w piłkę.

- Tak długo się z tym męczyłem. Jeździłem dużo po lekarzach. Po trzech miesiącach od operacji zacząłem trenować. USG wykazało, że rany się jeszcze nie zabliźniły. Znowu zawiniła moja niecierpliwość. Taki już jestem.

- Nawet na rozmowę przyszedłeś 20 minut wcześniej. Dobrze, że ja już byłem, bo byś czekał...

- (śmiech) Sam widzisz, że nie przesadzam z tą niecierpliwością.

- Kontuzja zahamowała twoją grę na szczeblu centralnym i trafiłeś do Olimpii Olsztynek. "Banda Świrów" narobiła trochę zamieszania w regionie.

- To już była typowa gra amatorska. Wygraliśmy Wojewódzki Puchar Polski po rzutach karnych z Drwęcą. Ich prezes był już gotowy na fetę, szampany, ect. Zrobiliśmy im psikusa. To był chyba najfajniejszy moment w mojej grze w niższych ligach.

- Skąd pomysł na "Bandę Świrów"?

- Jak grałem w Polonii Bytom to interesowała się mną Korona Kielce. Sumę odstępnego miałem 250 tysięcy, ale menadżer chciał jeszcze 100 tysięcy więcej. Temat upadł. Ja jednak nadal obserwowałem Koronę w mediach społecznościowych. Na filmach KoronaTV było czuć ich atmosferę. Na stare lata podrzuciłem temat do Olsztynka i się tak bawiliśmy.

- Kasa się skończyła i padło.

- Niestety. Zagraliśmy jeszcze pół roku w III lidze i Olimpia nie przystąpiła do rozgrywek. Zacząłem chodzić do szkoły fryzjerskiej, ale dałem się namówić Tomkowi Aziewiczowi do gry w Mławiance Mława. Zrobiłem jeszcze awans do III ligi z GKS-em Wikielec. Odszedłem, bo otworzyłem swój własny salon fryzjerski. Do gry w Błękitnych Pasym namówił mnie jeszcze Mirek Romanowski, ale już definitywnie skończyłem z graniem. Nie czerpałem z tego radości, a jak coś nie sprawia mi radości, to już tego nie robię.

- Łatwo tak całkowicie zrezygnować z futbolu?

- W piłce zabrakło mi także oprócz wspólnej gry z bratem, chociaż jednego występu w Ekstraklasie. Tak to jestem zadowolony, bo grałem w jednym zespole z piłkarzami, którzy grali w Lidze Mistrzów, czy chociażby ze Świerczokiem, który może polecieć do Rosji na Mundial. Menadżer pomógł mi trafić do Polonii Bytom, z którą mogłem trafić do Ekstraklasy, ale potem najciężej było jak przytrafiła mi się kontuzja. Nie miał zbytnio dla mnie czasu. Teraz wciągnąłem się na maksa we fryzjerstwo. Mam pomysł na rozwój i rozbudowę swojego salonu, bo na początku wszystko kleiłem na szybko, żeby firma ruszyła. Chcę jeszcze jeździć na szkolenie i się rozwijać.

- Kontynuujesz rodzinne tradycje.

- Mój dziadek od strony taty był męskim fryzjerem. Ja nie mam drygu do kobiecych włosów. Lubię kombinować na męskich. Chociaż kilka zapytań od piłkarek z Olsztyna było. Cieszę się, że koledzy piłkarze do mnie przychodzą. Grzesiek Lech, czy Piotrek Głowacki, a teraz nawet Paweł Baranowski. Wspominamy stare czasy. Jest miło i sympatyczne. W przyszłości chciałbym sprawdzić się w turnieju. Trzeba mieć pomysł na fryzurę i duże doświadczenie. Przede mną jeszcze sporo pracy i głów do ścięcia. O fryzjerstwie myślałem już dużo wcześniej, ale nie poszedłem do żadnej zawodówki, tylko do liceum. Po kontuzji jednak postanowiłem zrobić szkołę fryzjerską i trafiłem na dobre praktyki.

- Skąd czerpiesz inspirację?

- Czytam dużo fachowej literatury, śledzę nowości w internecie. Jeden ze sposobów strzyżenia podpatrzyłem na amerykańskim youtubie. Poszedłem później do fryzjera, który mnie uczył i pokazał jak to robić.

- Piłkarze potrafią przyjść do ciebie ze zdjęciem i powiedzieć poproszę na Ronaldo lub Messiego?

- Napisał do mnie jeden piłkarz, który chciał się pomalować na siwo jak Robert Lewandowski. Powiedziałem mu, żeby sobie jaj ze mnie nie robił i nie będę go malował. To poszedł do kogoś innego (śmiech - red.). Odpowiada mi to jak ktoś przychodzi ze zdjęciem. Wtedy klient wie czego chce, a ja umiem to odtworzyć. Małe dzieci lubią robić swoje fryzury na wzór piłkarzy.

- Był w pewnym momencie epizod trenerski w juniorach młodszych Stomilu Olsztyn.

- Nie potrafiłem przekazać swojego doświadczenia piłkarskiego. Byłem zbyt mocno wymagającym trenerem, zbyt agresywnym, czy wulgarnym. Byłem sumiennie przygotowany do każdego treningu, ale zrozumiałem, że to wszystko nie jest dla mnie.

- Jeden trener w rodzinie wystarczy.

- Michał miał wtedy natłok pracy i poprosił mnie o wsparcie. To nie moja bajka i zrezygnowałem z trenowania. Idę w jednym kierunku na maksa. Nie mogę - w przenośni - jedną nogą strzyc, a drugą być na boisku. Nie potrafię.

Paweł Alancewicz w akcji

Tagi: Stomil Olsztyn Paweł Alancewicz Polonia Bytom

Komentarze

                         
                         
 _ __  _   _  __ _  __ _ 
| '_ \| | | |/ _` |/ _` |
| |_) | |_| | (_| | (_| |
| .__/ \__, |\__, |\__,_|
| |     __/ | __/ |      
|_|    |___/ |___/       
 

Najnowsze artykuły

Twitter