Czesław Żukowski. Fot. Archiwum rodzinne Czesława Żukowskiego

Czesław Żukowski. Fot. Archiwum rodzinne Czesława Żukowskiego

"Znani nie tylko w Olsztynie": Czesław Żukowski

24.12.17 08:00   em, kyn   0  

Ze Stomilem Olsztyn awansował do ekstraklasy, w której rozegrał 46 spotkań. Przez kibiców "Dumy Warmii" traktowany jako zawodnik stąd, bo nie wszyscy pamiętają, że do olsztyńskiego klubu trafił z Pogoni Łapy. Teraz z powodzeniem pracuje jako trener Huraganu Morąg. Zapraszamy do rozmowy z Czesławem Żukowskim!

- Urodził się pan w Białymstoku, ale mieszkał w Wasilkowie.

- To taka mała miejscowość pod Białymstokiem. Można powiedzieć, że to takie Barczewo pod Olsztynem. We Włókniarzu zacząłem pierwsze treningi. W klubie piłkarskim przy zakładach włókienniczych im. Emilii Plater.

- A dlaczego nie w Jadze? Jagiellonia Białystok była przecież wtedy cały czas topowym klubem w tamtym regionie.

- To był inne czasy niż teraz. Miasteczko, w którym mieszkałem, nie miało wtedy komunikacji miejskiej. Jeździły raz na jakiś czas PKS-y. Nie miałby mnie kto tam wozić. Uczęszczałem do klasy sportowej i chodziłem trenować do klubu. Mam już swoje lata, jestem 69. rocznik i my w czasach młodości wolny czas spędzaliśmy na boiskach. Nie było wtedy komórek, czy komputerów.

- Piłka nożna to była jedyna alternatywa sportowa?

- Nie. Klasa sportowa nie była o profilu piłkarskim, bo biegaliśmy dużo w przełajach. Stąd pewnie moje zdrowie, bo sporo tych kilometrów przemierzaliśmy codziennie na lekcjach wychowania fizycznego. Szczególnie dziewczyny były mocne w tej dyscyplinie. Zdobywały nawet mistrzostwa Polski. To był dystans 10 x 1000 metrów. My odpadaliśmy zawsze w finałach wojewódzkich z Supraślem, który miał mocną ekipę. Nigdy nie mogliśmy się przebić do ogólnopolskich finałów.

- W 1998 roku trafił pan do Pogoni Łapy.

- Grali wtedy w III lidze, która podobnie jak teraz była podzielona na cztery grupy. Ja uczyłem się w czwartej klasie technikum w Łapach, a do Pogoni ściągnął mnie Stanisław Szwejkowski, były stoper Jagiellonii Białystok. Wcześniej naukę łączyłem z graniem w Wasilkowie. W Pogoni grałem regularnie, wywalczyłem sobie miejsce w podstawowej jedenastce. Było tam kilku byłych zawodników Jagiellonii. To pierwsze szlify w poważniejszej piłce. Miło wspominam tamten okres.

- Rok później trafił pan do Stomilu Olsztyn. Jak to się stało?

- Ukończyłem technikum i otrzymałem telefon od pułkownika Jana Wiśniewskiego, czy nie chciałbym się sprawdzić w Stomilu. Tydzień spędziłem nad jeziorem Długim i tylko zwiększaliśmy okrążenia. Z motorycznej strony dobrze się pokazałem. Stomil wyjeżdżał wtedy na zgrupowanie do Ustronia Górskiego i wszystkie miejsca były zajęte. Byli ze mnie zadowoleni, ale limit na obozie był wyczerpany. Wróciłem do domu i przypadek zdecydował, że na obóz nie mógł wyjechać Wojciech Tarnowski, bo uczył się w studiu nauczycielskim. Jak tylko dojechałem do domu, to dostałem telefon, że mogę jechać. I tak na prawdę to wszedłem do domu i natychmiast odwróciłem się na pięcie i wróciłem do Olsztyna. Po obozie otrzymałem propozycję gry w Stomilu. Pułkownik Wiśniewski przyczynił się do tego, że zacząłem odbywać służbę wojskową w "opelotce" przy Artyleryjskiej. Na początku marca zostałem wcielony do wojska, ale pierwszy mecz oglądałem z trybun jako kibic, dopiero później mogłem wychodzić na treningi. Trenerem zespołu był Jerzy Wojtowicz, a asystentem ś.p. Józef Łobocki.

- Była fala w jednostce?

- W wojsku spędziłem 1,5 roku, ale generalnie nie żyłem tym wojskiem. Do pewnego momentu byłem w jednostce i codziennie się meldowałem. Potem miałem przepustkę "zerówkę" i mieszkałem na stadionie. Obok mnie pokój miał Wojtek Tarnowski. Tam gdzie teraz jest siedziba związku to z całą rodziną mieszkał Wojciech Szulżycki.

- Ś.P. Andrzej Biedrzycki też tak zaczynał w Stomilu.

- Ale jak ja trafiłem do Stomilu, to mieszkał już przy ul. Pana Tadeusza. Później razem z Mirkiem Romanowskim dostali mieszkania na Osiedlu Generałów.

- Wojsko się skończyło, a pan dalej grał w Stomilu.

- Byłem zawodnikiem Pogoni Łapy, którzy zaczęli stawiać wygórowane środki finansowe za mnie. W tamtym okresie piłkarze na okres służby wojskowej byli gratisowo wypożyczani do innych klubów. Tak samo było z moją osobą. Rozmowy w pewnym momencie stanęły w martwym punkcie. Wróciłem już chyba nawet do domu, a w pewnym momencie nastąpił przełom i Stomil dogadał się z Pogonią na temat mojego transferu. Duży udział w tym miał pan Sosnowicz. Nie interesowałem się jednak kwotą odstępnego.

- Sześć lat spędził pan w Stomilu Olsztyn. Wchodził pan do zespołu jako młody zawodnik, a odchodził już jako ukształtowany zawodnik. Wychowywał się pan w Olsztynie. Co było najważniejsze w tym okresie dla Czesława Żukowskiego?

- Tutaj stawiałem pierwsze kroki w poważnym futbolu. Fajne miasto, fajny klub. Przyjechałem z małej miejscowości i fajnie zostałem przyjęty przez chłopaków. Szybko wspólny język złapałem z ś.p. Andrzejem Biedrzyckim, Waldkiem Ząbeckim, Leszkiem Browarskim, Januszem Prucheńskim, Pawłem Charbickim. Bogdan Michalewski mimo, że był starszym kolegą, bardzo wspomagał moją osobę. Była fajna atmosfera, bezproblemowo wkomponowałem się w ten zespół. Natknąłem się na fajnych ludzi i dużo mi tutaj pomogli żebym zafunkcjonował. Oczywiście to nie była taka prosta sprawa żeby zaistnieć w pierwszym składzie, bo z tym bywało różnie. Była duża konkurencja. Bardzo dobrze na boku pomocy grał wtedy Mirek Romanowski. Miał dobre odejście, technikę i duże serducho do gry. Mocno musiałem walczyć o grę od pierwszej minuty.

- Kto najbardziej wziął pana pod swoje skrzydła?

- "Biedrza" był takim mentorem, był prawdziwym kapitanem i duszą drużyny. To się czuło. Zaprzyjaźniłem się z zawodnikami blisko mojego rocznika, czyli Waldkiem Ząbeckim, Leszkiem Browarskim, Jankiem Prucheńskim, czy Marianem Mierzejewskim. Na stadionie mieszkał Marian Szulżycki z rodziną, więc mogłem z nimi spędzać wieczory. Nie czułem się osamotniony, a to jest bardzo ważne na początku jak się trafia do nowej drużyny.

- Zatrudniony pan był na etacie w fabryce opon?

- Tak jak wszyscy byłem na etacie w Stomilu. Nie chodziliśmy jednak do fabryki pracować, zajmowałem się grą w piłkę. Do tego mieliśmy obiady na stołówce i między treningami tam chodziliśmy jeść.

- Pan może mówić o sobie, że budował zespół, który awansował do Ekstraklasy.

- Tak. Po moim przyjściu zespół był już w III lidze i piął się cały czas do góry. Jak przyszedłem to drużyna kształtowała się do tego historycznego awansu do Ekstraklasy. Tak to się wszystko potoczyło, że została stworzona drużyna bez większych kosztów, która zdołała awansować do najwyższej ligi.

- Gdy pan trafił do Stomilu to słyszał o takich planach rozwoju klubu?

- Nie, tak się życie potoczyło. Na początku nikt o tym nie mówił, później pewnie zaczęto o tym myśleć. Z III do II ligi awansowaliśmy za trenera Jerzego Budziłka z drugiego miejsca. Mieliśmy trochę farta. O awans walczyliśmy z Polonią Warszawa, a w decydującym spotkaniu przed własną publicznością zremisowaliśmy u siebie 0:0. Wtedy była reorganizacja II ligi, czyli podział na dwie grupy i tak weszliśmy z drugiej pozycji.

- Ten przełom nastąpił jak do klubu trafił Bogusław Kaczmarek?

- Na początku gry w II lidze walczyliśmy o utrzymanie. Doszło do zmiany trenera i przyszedł Zbigniew Kieżun. Było zamieszanie z żółtymi kartkami, ale ostatecznie zostaliśmy w II lidze. Przyszedł trener Kaczmarek i rzeczywiście piłkarsko, motorycznie też nam otworzył oczy. Następował progres. Dołączali ciekawi zawodnicy z regionu. Poprawiła się organizacja klubu. Swoje pieniądze zainwestował Piotr Wieczorek i wtedy to ruszyło. W 1993 roku zajęliśmy piąte miejsce, graliśmy wtedy dobry futbol, zaczęto się z nami liczyć. Trener Kaczmarek postawił warunki, żebyśmy włączyli się o awans do Ekstraklasy. Nie zostało to jasno stwierdzone, ale trener odszedł do Zawiszy Bydgoszcz. Przyszedł do nas Stanisław Dawidczyński i nam poszło. Po pierwszej rundzie byliśmy w czubie tabeli (drugie miejsce - red.) i w przerwie wrócił "Bobo" Kaczmarek i pociągnął awans do końca. Wtedy zimą interesował nas już tylko awans.

- Czyli to nie jest tak jak niektórzy wspominają, że ten awans przyszedł sam z siebie.

- Po tej pierwszej rundzie, gdy graliśmy na luzie i plasowaliśmy się wysoko w tabeli, to już była mowa o awansie. Mocno sobie postawiliśmy taki cel. Wiosną na własnym boisku rywalizowaliśmy z kandydatami do awansu, czyli Radomiakiem Radom, czy Motorem Lublin. Punktowaliśmy regularnie u siebie i na wyjazdach. Szczególnie u siebie byliśmy mocną ekipą. Awansowaliśmy wtedy do Ekstraklasy razem z Petrochemią Płock, która była głównym rywalem. U siebie z nimi przegraliśmy 1:4, były dwie czerwone kartki (Jarosław Talik, Waldemar Ząbecki - red.), ale daliśmy z siebie maksa. Zaliczyliśmy taką porażkę, po której kibice bili nam brawo, za walkę do samego końca i serducho pozostawione na murawie.

- Awans świętowaliście z przytupem, bo najpierw walnęliście 5:0 Włókniarz Pabianice, a sama feta była po meczu z Okocimskim Brzesko.

- Taka śmieszna sytuacja mi się kojarzy z tym ostatnim meczem. Trener Okocimskiego przyszedł przed meczem do szatni. Pogratulował nam awansu, przyniósł dwa kartony piwka i tak sobie zażartował, żeby za dużo ich "nie skaleczyć". Za dużo tych bramek nie strzelałem, ale w tym meczu udało mi się kopnąć do siatki.

- Z kim dostał pan na spółkę malucha po tym awansie?

- Z Piotrkiem Zajączkowskim, ale go spłaciłem. Co najśmieszniejsze, to zwinęli mi go sprzed bloku. Był na szczęście ubezpieczony. Maluszki były wtedy chodliwym towarem.

- To skoro jesteśmy przy anegdotach, to jest jeszcze jakaś, z której do tej pory się pan serdecznie śmieje razem z kolegami?

- Byliśmy kiedyś na obozie u mnie w Wasilkowie za trenera Kaczmarka. Mieszkaliśmy w hotelu przy stadionie. Chyba Andrzej Jankowski zgłosił, że mu w pokoju woda z wanny nie spływa. Zawołałem kolegę Leszka Sańczyka, który zapowiadał się na dobrego piłkarza, szkoda, że nie pograł nigdzie wyżej. Przyszedł, podwinął rękawek, wyciągnął korekz odpływu i woda spłynęła (śmiech - red.). Smykałkę do opowiadania rożnych historii miał Mirek Romanowski. Jak tylko zaczął opowiadać to Smoleń 2. Andrzej Biedrzycki także trzymał atmosferę. U nas zawsze było wesoło. Kiedy trzeba było wziąć się za trening, to mocno trenowaliśmy. Trenerzy trafili wtedy na mocny mentalnie zespół. Byliśmy chłonni wiedzy, zasuwaliśmy. Niewielkim nakładem finansowym, ludźmi z tego regionu udało się zrobić awans. A jak już nie byli stąd, to kilka lat byli w Olsztynie i związali się z tym miastem. Tak jak ja. Po wojsku kupiłem tutaj mieszkanie. Zakorzeniłem się i można było o mnie mówić, że jestem swój.

- 46 spotkań w Ekstraklasie to dużo, czy mało?

- Pewnie nie za dużo, ale kopnąłem piłkę w Ekstraklasie. Zagrałem w kilku dobrych spotkaniach, wspomnienia z tamtego okresu są. Jaka by ona nie była, to nie każdy może zagrać na najwyższym szczeblu rozgrywek. Wiele osób mówi, że to słaba liga. To proszę bardzo niech przejdzie do którego z klubów i niech zagra w tej słabej Ekstraklasie. Udało mi się uczestniczyć w kilku ciekawych spotkaniach, chociażby w tym meczu 3:3 z Legią Warszawą. Na inaugurację z Zagłębiem Lubin też udało mi się wyjść w pierwszym składzie. Cały okres w Stomilu oceniam pozytywnie. Uczestniczyłem w spadku jako trener i wtedy mówiłem, żeby robić wszystko aby jak najszybciej powrócić do elity. Niestety nie udało się tego zrobić do tej pory. Życzę tego Stomilowi, żeby znowu zapełnić cały stadion w Olsztynie. Ja miałem taką przyjemność gry w takich okolicznościach, dlatego nie rozważam tego, czy było to mało, czy dużo. Fajne jest to, że kibice do tej pory mnie pamiętają.

- Ten mecz z Legią to jeden z trzech legendarnych spotkań Stomilu. Drugi to był zwycięski 1:0 z Widzewem w 1997 roku, a kolejny to mecz barażowy z Górnikiem Polkowice.

- Była dramaturgia, goniliśmy rywala. Pół składu Legii to byli reprezentanci Polski. My z nimi zremisowaliśmy 3:3. Na koniec piękną bramkę strzelił Dariusz Jackiewicz. Zapanowała euforia. Każdemu życzę, żeby zagrał w takim meczu i utkwił w pamięci kibiców.

- W pierwszym sezonie Stomil utrzymał się rzutem na taśmę. W ostatnim meczu przegraliście 0:1 z Rakowem Częstochowa. Szczęśliwy splot innych wyników zdecydował o pozostanie w lidze, a do tej pory się mówi, że Stomil spuścił Petrochemię do II ligi.

- Tak się właśnie mówi, ale w rzeczywistości nikt z nas nie kalkulował. Wiedzieliśmy, że musimy ten mecz wygrać. Ja wtedy nie grałem, nie pamiętam, czy pauzowałem za kartki, czy siedziałem na ławce rezerwowych. Boisko było w fatalnym stanie, strasznie lało w Olsztynie. Teraz pewnie ten mecz by się nie odbył. Przez parę minut po ostatnim gwizdku, była dekoncentracja na boisku, bo u trzymaniu decydowały bramki. W pewnym momencie wybuchła euforia. Dla mnie to były ciężkie sekundy życia. Nikt nikogo nie spuszcza, trzeba liczyć na siebie. Jeżeli coś się wypuści, co nie jest już zależne od ciebie, to wtedy człowiek jest w niekomfortowej sytuacji. Petrochemia może mieć pretensje tylko do siebie. Mogli wygrać swoje spotkanie, mogli zdobyć te punkty wcześniej. Zadra była przez długie lata. My też sobie zafundowaliśmy niezły horror. Jak byśmy spadli, to do kogo byśmy mieli pretensje? Do Rakowa? Mieli przyjechać i oddać nam punkty. Nie. To my musieliśmy wygrać, ale ostatecznie to nam wystarczyło tych punktów do utrzymania, a nie Petrochemii. To były nieuzasadnione pretensje. Po latach byłem w szoku, że Stomil przyjaźni się z Wisłą Płock. Wspólne herby na koszulce meczowej. Okej, czasy się zmieniają i bardzo dobrze.

- Czasy się zmieniają, a w latach 90. wiele spotkań nie było do końca rozgrywanych w uczciwej atmosferze. Pamięta pan jakieś sytuacje, że w jakimś meczu mogło być coś nie tak?

- Na wyjazdach się ciężej grało. Były dziwne decyzje, czuło się to. Ja w każdym meczu dawałem z siebie maska, nie patrzyłem na to. Gdzieś się jechało i nie można było wyjść z połowy. To zostało stwierdzone, że ta piłka nie była do końca uczciwa. Nie ma co się czarować. Rozmawialiśmy o tym, żeby nam sędzia nie przeszkadzał. Ja w tym jednak nie uczestniczyłem, mam czyste sumienie. Cieszę się, że piłka zmienia oblicze i idzie w dobrym kierunku.

- Za trenera Ryszarda Polaka wykręciliście najlepszy sezon Stomilu w historii. Szóste miejsce w Ekstraklasie.

- Wtedy zespół się już zmieniał. Dochodziło sporo zawodników z Polski. Zmieniano kierunek budowy drużyny. Za trenera Polaka byłem żelaznym rezerwowym. Wchodziłem za zmiany, żeby pociągnąć zespół w trudniejszym momencie, czasami wybiegałem od pierwszej minuty. Dobrze grał wtedy skrzydłowy Rafał Kaczmarczyk. Mógł się bardziej rozwinąć, ale jeszcze w pierwszym sezonie uległ wypadkowi samochodowemu i złamał rękę.

- Zaczął się taki okres oczyszczania Stomilu z piłkarzy, którzy wywalczyli awans.

- Z perspektywy czasu nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić i rozczulać. Na pewno każdy z nas czuł wtedy rozgoryczenie. Wtedy w zespole byli tacy zawodnicy, którzy na siłę nie szukali wyjazdu z Olsztyna. Jakie tu nie były warunki finansowe, to my się z tym klubem identyfikowaliśmy, byliśmy wsiąknięci w te realia. Może to też był błąd, bo dla rozwoju trzeba było szukać zmiany otoczenia. My ten klub traktowaliśmy z sentymentem, nikt nie chciał odchodzić. W pewnym momencie życie zdecydowało, czyli ruchy władz klubu decydowały o naszych odejściach. Jakieś rozżalenie zawsze jest. Waldek Ząbecki, czy Boguś Michalewski byli tutaj od początku. Muszę oddać "Biedrzy" szacunek, bo czy miał łatwiejsze, czy trudniejsze momenty, to tylko raz jak odszedł do Jagiellonii Białystok.

- I to też na siłę.

- Tak i wrócił. Jestem pełen podziwu dla niego. Miał charakter i zawsze pozostanie ikoną tego klubu. A my pomalutku, pomalutku odchodziliśmy do innych klubów. Nikt nam jednak nie odbierze tego, że wywalczyliśmy ten historyczny awans do Ekstraklasy.

- Odszedł pan ze Stomilu po jednym meczu w sezonie 1996/1997. Popadł pan konflikt z Jerzym Masztalerem?

- Nie. W Stomilu nastąpiła wtedy wymiana pokoleniowa. Zaczęto ściągać zawodników z zewnątrz. Rezygnowano z chłopaków, którzy wywalczyli ten awans. Niby byłem w kadrze pierwszego zespołu, ale daleko, więc nie było sensu się tutaj męczyć. Odszedłem do trzecioligowej Jagiellonii Białystok. Wiedziałem, że zostanę w Olsztynie na stałe, ale ruszyłem w Polskę. Mieszkałem u siebie w Wasilkowie. Sytuacja organizacyjna Jagiellonii była słaba, ale w drużynie był m.in. Radosław Sobolewski. Bobo Kaczmarek dzwonił i pytał się kogo można by ściągnąć. Poleciłem Sobolewskiego i Jacka Markiewicza. Ten pierwszy trafił wtedy do Petrochemii Płock.

- A to nie było tak, że ta Jagiellonia Białystok, to takie marzenia z dzieciństwa?

- Jeździłem na mecze tego klubu, gdy awansowali do Ekstraklasy za trenera ś.p. Janusza Wójcika. Wtedy była moda na Jagiellonię Białystok. Stadion Gwardii zawsze był pełny. Podobny styl prezentowali do Stomilu, który też zrobił awans. Na skrzydle jeden Bayer, z przodu drugi Bayer, w środku Czykier. Przyjemnie się ich wtedy oglądało. To była charakterna drużyna. Każdy młody chłopak chciał grać wtedy w Jagiellonii.

- Po Jadze trafił pan do Hutnika Warszawa.

- Też mi się tam sympatycznie grało, a potem trafiłem do Mławianki Mława. Zostałem tam namówiony do gry. Wtedy miałem stany zapalne achillesa. Nie czułem się już na siłach grać w III lidze. Trener Mławianki, z którym pracowałem wcześniej w Hutniku, przekonał mnie. Pierwsza runda wypadła słabo, a zimą przyszedł trener Jerzy Masztaler i podjęliśmy decyzję, że po obozie w górach zobaczymy, co będzie ze mną. Dobrze się czułem po obozach górskich, a tam pieszczotliwie nie było. Zasuwało się wtedy, nikt nie patrzył na tętno progowe, nie dzielił się na grupy. Trzeba było zasuwać. Po tym obozie trener zobaczył, że może na mnie liczyć, że nie jestem w zespole, tylko po to żeby zajmować miejsce komuś. Wróciło zdrowie i byłem dobrze przygotowany motorycznie. W rundzie rewanżowej poszliśmy wysoko w górę. Z Olsztyna jeździłem wtedy z Pawłem Gadziałą, pojawił się Daniel Dyluś. Zostałem na kolejny sezon, ale po pół roku pojawiła się propozycja pracy jako grający trener Polonii Lidzbark Warmiński. To był mój pierwszy kontakt z trenerką w piłce seniorskiej. Z Adasiem Zejerem wtedy trenowaliśmy ten zespół. Wywalczyliśmy awans do IV ligi i zdobyliśmy Wojewódzki Puchar Polski. To był mój pierwszy triumf w tych rozgrywkach, bo potem ten puchar zdobyłem z Sokołem Ostróda i Huraganem Morąg. Po Polonii nigdzie już nie występowałem jako zawodnik.

- I co dalej?

- Do Polonii trafił Jerzy Budziłek, a ja miałem chwilę przerwy. Pojawiłem się w Stomilu, pracowałem dwa spotkania jako pierwszy trener i niestety żegnałem Stomil z Ekstraklasą. Wtedy był ten podział na grupy mistrzowskie i spadkowe. Wtedy to było już dogorywanie Stomilu. Z przykrością muszę stwierdzić, że w tym uczestniczyłem. Ciężko to człowiek znosił i patrzył jak ten klub upadał. Potem jako trener trafiłem do Huraganu Morąg. Z perspektywy czasu, bardzo się z tego cieszę, że tak się stało.

- Jest tam pan do tej pory. Był jednak epizod w Sokole Ostróda.

- W Sokole byłem półtorej sezonu. Mam przyjemność z pracy w Huraganie Morąg, gdyby tego nie było, to byśmy ze sobą tak długo niewytrzymali. Jako ciekawostkę powiem, że żadnego roku nie podpisałem tam żadnej umowy. Co roku jesteśmy dogadani na słowo. Uważam, że jak jedna strona uzna, że jest to kres lub jak coś nie pójdzie, to nie wiadomo jak długa umowa, nie da gwarancji pracy. Pojawiają się w prasie śmieszne rzeczy, że trener związał się umową kilkuletnią, a po miesiącu tego trenera nie ma. Czy to była IV liga, czy stara III liga, czy teraz nowa-fajna III liga, to mi się tam dobrze pracuje. Okres w Sokole też miło wspominam. Kontynuowałem z sukcesami pracę trenera Jerzego Radziwona. Wywalczyliśmy awans do III ligi, a wcale nie było tak łatwo w drugiej rundzie, i do tego dołożyliśmy puchar na szczeblu regionalnym. Potem w miarę pewnie się utrzymaliśmy bez większych wzmocnień.

- Jakim trenerem jest Czesław Żukowski? Stawia pan na atmosferę, której doświadczył pan w Stomilu w latach dziewięćdziesiątych?

- Tego się tak nie da przenieść. Jestem trenerem komunikatywnym, który rozumie życie, rozumie zawodników. Jeżeli samemu gdzieś się grało i ponosiło się porażki, bo przecież, to nie było tak, że człowiek tylko zwyciężał. Wiem, że to nie jest proste. Zawodnik jak wychodzi na boisko, to wiem, że chce wygrać, ale czasami drużyna nie jest w stanie wygrać. Czasami trzeba zagryźć zęby i dotrwać, a jak się jeszcze uda podczas takiego meczu coś ugrać, to super. Czasami widać, że nie idzie i to drużyna przeciwna się cieszy z pierwszej, drugiej, czy trzeciej bramki. Człowiek mobilizuje drużynę, żeby walczyła i ta porażka była jak najniższa, ale już się wie, że trzeba będzie się identyfikować z tą porażką. Przegrywam razem z zawodnikami, podle się z nimi czuje, ale jestem wtedy z nimi. Taka jest moja filozofia. Trzeba umieć przegrywać. Są pewnie tacy trenerzy, którzy w tym momencie rozliczają tylko zawodników. To w tych momentach zawodnicy powinni dostać wsparcie trenera. Nie odżegnuję się od tych porażek, tylko jestem z nimi. Trzeba wziąć na siebie te porażki, bo to ja przygotowuje zespół do meczu. Tak staram się do tego zawodu podchodzić. Dobieram sobie zawodników mentalnie tak, żeby się z nimi nie męczyć. Choćby nie wiadomo jak dobry byłby to zawodnik, a mentalnie nie będzie mi pasował, to staram się nie pracować z takimi zawodnikami. Ja mogę wystawić tylko jedenastu zawodników, a pozostali są z tego powodu niezadowoleni. Więcej nie mogę wystawić. Czasami mam dylematy, a w tej rundzie mamy szeroką kadrę. Były przypadki, że musiałem odsyłać kilku zawodników do rezerw. Bardzo dawno mi się, to nie przytrafiło. Nie są to proste sprawy dla mnie. Staram się, to tłumaczyć zawodnikom, w jakich kategoriach dokonywałem wyboru. To są czasami niuanse. Udało się stworzyć fajny kolektyw w tym sezonie. Cenię tych zawodników, którzy wywierali presję na pozostałych i wzmacniali rywalizację. To są nasze wnioski z poprzedniego sezonu z rundy rewanżowej. Mieliśmy wąską kadrę i był taki moment, że w pewnym momencie zaczęliśmy walczyć o utrzymanie.

- Ściągając do pracy w Huraganie swojego wychowanka Piotra Żurawela był pan gotowy na selfie po każdym zwycięstwie?

- Między innymi po to go do siebie ściągałem (śmiech - red.). W międzyczasie o tym nie mówiłem, a to też był fajny epizod w Stomilu. Razem z Waldkiem Ząbeckim prowadziliśmy grupę naborową. Udało się zebrać fajną grupę zawodników. Był tam też właśnie Piotrek Żurawel, czy Piotrek i Grzesiek Kulpaka, Piotrek Klepczarek, Michał Trzeciakiewicz, Piotrek Skiba, Tomasz Zahorski, Daniel Madej, Grzesiek Żytkiewicz. Niektórzy z nich zagrali w Ekstraklasie. Z roczników 1982-1984 wyszło kilku fajnych, ciekawych piłkarzy. Razem z Waldkiem mieliśmy przyjemność z nimi pracować w tym etapie początkowym. Trzeba było ich wyszkolić, łapali pierwsze szlify techniki. Kilka razy Bobo Kaczmarek nam pomagał, dał nam w ogóle przyzwolenie na treningi z młodymi piłkarzami. Miło to wspominam. Jest pomysł, żeby zrobić spotkanie po latach.

- To może Piotr Żurawel trafił do Huraganu, bo szykuje pan go na swojego następcę w Morągu? A pan chciałby pójść gdzieś wyżej?

- Daj Boże, żeby Piotrek był moim następcą w Huraganie. Jest bardzo ambitny, pracowity, ja jestem zadowolony z jego pracy. Nie tylko on dołączył do sztabu szkoleniowego. To był mój postulat latem. Formuła, że tylko ja sam jestem przy drużynie, się wyczerpała. Byłem tym zmęczony, że wszystko było na moich barkach. Powiększenie sztabu, to był mój warunek, żebym został w Huraganie. Bardzo się z tego cieszę, bo to są zawsze plusy, gdy się ma szerszą kadrę i szerszy sztab szkoleniowy. Oprócz Piotrka dołączył Dariusz Giemza, Przemysław Dobosz oraz Andrzej Malesa. Nie wszyscy funkcjonują w jednym terminie, ale się uzupełniamy. Tworzymy fajną kadrę. Do tego od początku jest ze mną kierownik Krzysztof Kościuszko. To przynosi pozytywny efekt. Ja nie jestem trenerem, który udziela się w mediach elektronicznych, nie lubię tego. Piotrek wprowadził tradycyjne zdjęcie po zwycięstwie. Jest to robione ze smakiem, więc jak najbardziej mi pasuje. Jak coś jest przesadzone, to mi się to nie podoba.

- Uciekł trener od pytania, czy nie chciałby w przyszłości spróbować pracy w wyżej lidze?

- Nie mam takich planów. Nie biorę tego pod uwagę. Nie chcę iść w kierunku trenera zawodowego. Ja o sobie mówię trener amator. Dlatego m.in. chciałem powiększyć sztab szkoleniowy, bo w nowej III lidze nie można pracować samemu. Zawodnicy mają zapewnione teraz porządne cykle treningowe. Ja też nie jestem wszechwiedzący, więc potrzebna jest mi rozmowa, konsultacja. Nigdy jednak nie uciekam od odpowiedzialności i ja biorę za wszystko odpowiedzialność. Czy kogoś wysłucham, czy nie, to ja odpowiadam za wyniki.

Archiwum Czesława Żukowskiego

Tagi: Zniani nie tylko w Olsztynie Czesław Żukowski Stomil Olsztyn Huragan Morąg Andrzej Biedrzycki

Komentarze

                       
                       
 _ __  _   ___  _____  
| '_ \| | | \ \/ / _ \ 
| |_) | |_| |>  < (_) |
| .__/ \__, /_/\_\___/ 
| |     __/ |          
|_|    |___/           
 

Najnowsze artykuły

Twitter