Łukasz Kadziewicz. Fot. Emil Marecki / sport.egit.pl

Łukasz Kadziewicz. Fot. Emil Marecki / sport.egit.pl

"Znani nie tylko w Olsztynie": Łukasz Kadziewicz

02.10.17 09:01   kyn   2  

Były reprezentant Polski, olimpijczyk, wicemistrz Polski i świata. Środkowy AZS-u i wielu kubów polskich i zagranicznych. Sam o sobie mówi "wiecznie drugi", sportowiec-rockendrolowiec. Przy okazji prezentacji Indykpolu AZS Olsztyn promował swoją książkę. Udało nam się z nim długo i ciekawie porozmawiać. Zapraszamy!

- Nasz cykl rozpoczyna zawsze to samo pytanie. Jak to się stało, że Łukasz Kadziewicz zaczął grać w siatkówkę?

- Urodziłem się w Dobrym Mieście i spotkałem na swojej drodze świetnego człowieka Ryszarda Kuciaka, niestety świętej pamięci, pedagoga z krwi i kości, który pokazał mi, że sport, a w szczególności siatkówka, to fajna sprawa. To było 20 lat temu. Nie było orlików, nie było smartfonów, nie było Playstation, nie było niczego, więc sport był jedyną odskocznią by wyjść z domu i fajnie spędzić czas. Ja to zrobiłem i przeżyłem przygodę swojego życia.

- Gdyby nie siatkówka, to co?

- Raczej nie byłoby to nic kolorowego. Nie jestem osobą, która potrafi siedzieć i zagrzebać się w jednym miejscu, więc głupie pomysły spowodowałyby, że odpocząłbym kilka lat na koszt państwa.

- To mocne słowa, ale bardzo świadome...

- No jasne. Bycie sportowcem to nie jest fizyka kwantowa, to jest proste. Wychodzisz i robisz swoje. Ktoś będzie opowiadał o górnolotnych sprawach, takich jak talent. Gówno prawda! Albo jesteś pracowity, założysz sobie coś i "sfokusujesz" się na tym i będzie to później przynosiło efekty, albo nie. Sport to jest coś, co może uprawiać każdy. Jeżeli mi się udało, to chyba jest to idealne świadectwo dla każdego młodego chłopaka, że on też może podążyć tą drogą.

- Chłopak z Dobrego Miasta czy jednak z Olsztyna?

- Urodziłem się w Dobrym Mieście, ale jestem Polakiem i nie chodzi mi tutaj o opcję polityczną, jakiś narodowy oddźwięk. Czuję się Polakiem i w każdym miejscu w Polsce czuję się jak w domu, czy jest to Gdańsk, Wrocław, Warszawa, Olsztyn czy Dobre Miasto. Świetnie czuję się w naszym kraju, dużo jeżdżę. Chłopak urodzony w Dobrym Mieście, ale przynależność? Żona mnie za to karci, ale jak już pytacie, to Legia Warszawa jest najlepszym klubem w Polsce. Zawsze mówię to oficjalnie, a mieszkam we Wrocławiu, więc mam sporo nieprzyjemności związanych z tym klubem.

- Powiedzieć w Olsztynie, że się jest za Legią to prawie jak herezja.

- Jasne, ale nigdy nie biłem się na ulicy, nigdy nie biłem się za żaden klub. Od dziecka kibicowałem Legii. Dlaczego? Bo Sylwek Czereszewski i Tomek Sokołowski przeszli ze Stomilu do Legii, a ja właśnie na tym pokoleniu, na Taliku, na świętej pamięci Andrzeju Biedrzyckim, na Jackiewiczu się wychowałem. To była moja drużyna, która pokazała mi czym jest piłka nożna. Stomil też był od dziecka, otwierałem trybunę w ekstraklasie i mam na to świadków, że byłem pierwszy na stadionie. Później tą drugą miłością była Legia.

- Spędził pan trochę czasu za granicą. Wszędzie się pan odnajdywał, czy gdzieś były jakieś problemy?

- Jestem osobą otwartą, kontaktową. Nigdy nie miałem problemu, zawsze oddzielałem politykę od sportu i świetnie czułem się na Białorusi, w Rosji, we Włoszech. Zawsze mówiliśmy jednym językiem, językiem siatkówki, językiem sportu, a mówiąc w jednym języku dogadzasz się z każdym.

- Powiedział pan o sobie "wiecznie drugi".

- Każdy ma coś na górze i siła, która nad nami czuwa najwidoczniej moją kartę zapisała pod numerem dwa. Nie mam z tym problemu. Naprawdę dawałem z siebie wszystko, maksa na boisku i widocznie moje umiejętności, talent, predyspozycje pozwalały mi na zajmowanie tylko i wyłącznie drugich miejsc. Nie mam kompleksów, jestem bezczelny, pewny siebie i ta dwójka na plecach za mocno mi nie ciąży.

- Nie fajnie byłoby zasmakować jednak tej jedynki?

- No jasne, chciałbym być Mariuszem Wlazłym i wygrać 10 razy mistrzostwo Polski, ale Mariusz Wlazły jest jeden, jedyny. Jeśli mam coś powiedzieć na pocieszenie, to "Rudy" też nigdy nie zdobył mistrzostwa Polski. Był mistrzem świata, mistrzem Europy, ale nigdy nie był mistrzem Polski, więc mój dwójka jest trochę mniejsza od jego.

- "Rudy" czyli Paweł Zagumny?

- Oczywiście i pozdrawiam gorąco Pawła.

- W swojej książce pisze pan, że udało się panu pogodzić życie sportowca z życiem rockendrolowca. Jak pan to zrobił?

- Bo chyba nigdy nie byłem stuprocentowym sportowcem i stuprocentowym rockendrolowcem. Jestem po prostu sobą. Traktowałem to jako przygodę i poświęcałem temu sto procent czasu. Oddałem całego siebie, zatraciłem się w sporcie. Moi bliscy zatracili się w sporcie. Moja żona, dzieci, rodzice zawsze płacili za to, że ja się świetnie bawiłem. Szkoda, że wszyscy dookoła płacili za to, żebym ja się świetnie bawił, ale łączyłem życie sportowca i rockendrolowca i nie jestem z tego dumny. Nie mam być z czego. Po prostu całe życie jestem sobą.

- To nie wzór do naśladowania, a przestroga?

- W nawiasie. Nie jest ujęte w tytule, ale powinno tam być ku przestrodze. Moje szambo wybiło wiele, wiele lat temu i wiele osób próbowało to posprzątać, niewielu się udało. Uczę się każdego dnia siebie, otaczającej mnie rzeczywistości. Młodym sportowcom mogę powiedzieć - nie róbcie tego, bo ja w waszym wieku to robiłem i to nie jest nic fajnego.

- Mówiąc tak o swoim życiu, zmienił by pan coś? Czy jednak to była taka przygoda, której panu nikt nie odbierze?

- Nikt nie zabierzecie mi tego. Ludzie na mnie pluli, a potem nosili mnie na rękach. Przyzwyczaiłem się do tego. Nie mogę patrzeć wstecz, bo nie mam na to wpływu. Mogę czerpać ze swojego życia jakieś nauki. Nie idzie mi to najlepiej, moi bliscy mi to wypominają, że powinienem puknąć się w głowę i rzucić okiem na dowód osobisty. Ja tego nie robię, ale co? Póki nie zejdę z tego ziemskiego padołu, musicie się ze mną męczyć, takim jakim jestem.

- "Kadziu" to będzie celebryta, dziennikarz, ekspert telewizyjny czy pisarz?

- Nie będę dziennikarzem, bo nie skończyłem dziennikarstwa. Żeby być lekarzem, trzeba skończyć medycynę. Jestem ekspertem telewizyjnym i nie zaklinam rzeczywistości. Opowiadam o sporcie z perspektywy własnej osoby. Mówię to co czuje i to co widzę. Może ktoś bić brawo albo pluć na moją osobę, bo nasze opinie na pewne tematy będą się różniły. Oddałem siatkówce całe swoje życie i mam prawo o niej mówić. W przeciwieństwie do niektórych osób, które czują się środowiskiem opiniotwórczym, a nigdy nie siedzieli w szatni, nie poczuli tego smrodu. Nie mówię, że nie mają do tego prawa, bo kochają tę dyscyplinę i lata pracowali na swoją pozycję. Krytykujcie mnie za to, że słabo tańczę, słabo grałem w siatkówkę, czy nie umiem komentować, ale dopóki nie pójdziecie na 6 piętro do dyrektora programowego stacji Polsat Sport pana Mariana Kmity, to sami mnie nie zwolnicie.

- Od kogo, jak od kogo, ale od pana kibice chyba mogą oczekiwać stuprocentowej szczerości? Tego, że ktoś wytłumaczy im to co widzą tak, jak naprawdę jest.

- Jest ciężko. Oglądałem porno-volley w wykonaniu polskiej reprezentacji w meczu z reprezentacją Węgier. Jeśli byłbym w stu procentach szczery, to byłaby moja ostatnia transmisja, bo jakbym miał powiedzieć czystą prawdę, bo to było fatalne. W życiu nie widziałem brzydszego meczu. Nie zawsze możesz powiedzieć prawdę, bo musiałbyś używać niecenzuralnych słów.

- Co zatem z polską siatkówka? Obserwujemy wyraźny zjazd tej całej zabawy...

- Chwilowo jesteśmy w dołku, ale jest to dyscyplina, którą kreowaliśmy naście, jak nie dziesiąt lat. Spokojnie wychodziliśmy z większych kryzysów, więc nie ma co płakać. Mam świadomość tego, że w momencie, w którym byliśmy na górze, musieliśmy przygotować się do tego, że będziemy na dole. Teraz jesteśmy na dolw, ale przed nami autostrada i moim zdaniem, to może nie jest perpetuum mobile, ale mamy fajny produkt. Warto o niego dbać, warto o niego powalczyć i warto wyjść z tego kryzysu.

- Widzi pan następców wśród tych młodych zawodników?

- Szybko gloryfikujemy tych naszych mistrzów świata i Europy. Fajny rocznik, ale to tylko rozgrywki juniorskie. Dajmy im szansę, żeby zagrali jeden, drugi czy piąty sezon w lidze, żeby się kilka razy wywrócili. Zobaczymy co powie federacja, pod jakim nazwiskiem będzie chciała pchać projekt "polska siatkówka". Wtedy będziemy mądrzejsi i będziemy mogli opowiadać co się wydarzy. Ja trzymam kciuki za moją dyscyplinę i nigdy w życiu nie pozwolę, żeby ktoś źle o niej mówił. Ja pamiętam siatkówkę na takich małych obskurnych halach, a dwa sezony temu mogłem pokazywać kolegom obcokrajowcom, jak wygląda mecz w Atlas Arenie Skra Bełchatów - Resovia Rzeszów. Chciałbym na świecie zobaczyć jakiś hit kolejki, rozgrywany przy kilkunastu tysiącach ludzi.

- Reprezentacyjne sukcesy wykuwają się w kuźni ligi. Czy zamknięcie najwyższej klasy rozgrywkowej było dobrą decyzją?

- Nie. To była zła decyzja. Nie stać nas finansowo, ani nie mamy potencjału ludzkiego na 16 zespołów. Zamknięcie ligi było krzywdą dla klubów, bo prezesi mieli łatwo stawiać na młodych zawodników, a nie szukać pieniędzy. Dzisiaj trzeba o ten szmal walczyć, walczyć by ludzie chcieli grać w twoim klubie. Poza tym zawodnicy muszą wychowywać się na prawdziwej lidze, a ona jest wtedy, gdy jest mistrz Polski i są drużyny, które spadają. Jesteś najsłabszy, to opuszczasz szeregi Plus Ligi. Przez lata zatraciliśmy troszkę tę ideę i ducha tego sportu.

- A co z drużynami z niższych lig? Nie mają nadziei na sportowy rozwój i awanse.

- No właśnie, to gdzieś zostało zachwiane zupełnie niepotrzebnie. Jesteśmy tu i teraz musimy pokazywać, że profesjonalizm działa w obie strony. My mamy zagwarantować najlepsze warunki do treningu i grania, a ty musisz dać z siebie wszystko na co cię stać, żeby godnie reprezentować klub. Nie można godnie reprezentować klubu, gdy się wygrywa dwa czy trzy mecze w sezonie i dwa, czy trzy razy zajmuje się ostatnie miejsce w sezonie. Jeśli jesteś za słaby, to musisz opuścić elitarną grupę. Cały czas będę powtarzał - zamknięcie ligi nie było dobrym pomysłem.

- Promuje pan swoją książkę przy okazji prezentacji AZS-u. Przygląda się pan olsztyńskiej drużynie jakoś bardziej wnikliwie?

- Jasne, to jest mój sportowy dom. Takie klubu jak Olsztyn, Jastrzębie, Lubin, tam gdzie grałem, zawsze na nie kieruję większą uwagę. Ja się tutaj wychowałem, nie tylko sportowo, ale i życiowo i AZS zawsze będzie częścią mojego życia. Gdy przyjeżdżam do Kortowa, czy wchodzę do Uranii, to, jak powiedziałem, jestem bezczelny i czuje się jak u siebie. To jest moje miejsce. Ono mnie wykreowało jako człowieka i nie wyobrażam sobie tego, że przyjeżdżam do Olsztyna i nie idę na mecz AZS-u, gdy się akurat odbywa.

- AZS to jedna z rewelacji zeszłego sezonu. Może miejsce na koniec sezonu nie było dla wszystkich zadowalające, ale co w tym nowym sezonie? Stać olsztynian na powtórzenie takiego sukcesu?

- Będziecie mieli bardzo ciężko, żeby powtórzyć ten "sukces". AZS Olsztyn przez ostatnie lata telepał się niestety w końcówce, w ogonie ligowej tabeli. Potrzebujecie pieniędzy, ogromnych pieniędzy na to, by drużyna była mocna. O tym trzeba mówić głośno. Indykpol pomaga od wielu, wielu lat, ale dobrze by było, gdyby klub, Indykpol i całe środowisko szukało i znalazło więcej środków. Zawodowy sport to kupa kasy. Możemy pięknie opowiadać o idei de Coubertina'a, ale to już się skończyło, jest XXI wiek. Albo mamy budżet, mamy zawodników i walczymy o najważniejsze rzeczy, albo oklepana formuła "stawiamy na młodzież" i bijemy się o 10 miejsce.

- Wróćmy jeszcze do Łukasza Kadziewicza. Trenerka to taka naturalna konsekwencja zawodniczej kariery. Czy "Kadziu" o tym myślał?

- Tak, trzy minuty. Mój agent sportowy Andrzej Grzyb uderzył mnie bardzo mocno w tył głowy i powiedział, że trenerem nigdy nie będę dobrym. Popatrz na siebie, zajmij się młodzieżą, pracą w telewizji, akademia siatkówki i firma eventowa, Wszystkim co jest związane ze sportem. Moja ambicja może i by chciała, bo byłaby fajnie połechtana, gdybym dostał plusligową drużynę. W głowie mam świadomość, że świetnie bym sobie poradził, ale widziałem kilku kumpli, którzy byli lepiej przygotowani ode mnie, a zostali mocno skopani przez życie. Jestem w miejscu, w którym jestem i bardzo się z tego cieszę, ale trenerem nie będę. Będę się bawił całe życie z młodzieżą. Takim skrzatom nastoletnim zaczynającym w Akademii Siatkówki mojej, Maćka Dobrowolskiego i Pawła Siezieniewskiego i to nie z dużych ośrodków miejskich, ale z małych miasteczek, z jakiego ja pochodzę, pokazać, że tak, playstation jest fajne, Facebook jest zajebistą sprawą, ale jeszcze lepszą jest dobra zabawa w hali.

- Zaczynaliście od trzech, czy czterech ośrodków, a teraz jednak się wam to rozbuchało.

- Jestesmy najlepsi, bo oddajemy całe serce tutaj. Dzięki samorządowcom, wójtom, sołtysom, burmistrzom, że kupują nasz produkt. Ja całe życie grałem za brawa. To jest produkt komercyjny, ja tego nie ukrywam, ale chcemy zarazić naszą ideą. Chciałbym żeby w każdym województwie był jeden oddział. Zaprosiliśmy do współpracy Asię Kaczor, Milenę Radecką, Damian Dacewicz wykazał też zainteresowanie. Chciałbym żeby w każdym województwie były reprezentant prowadził ośrodek Akademii Siatkówki Kadziewicza, Dobrowolskiego i Siezieniewskiego.

- Na wychowaniu młodzieży i szkoleniu się zarabia?

- Nie kupię kolejnego samochodu, nie postawie drugiego domu za Akademię Siatkówki. Śmieję się, że to jest projekt komercyjny, bo sprzedajemy swój wizerunek. Chcemy otworzyć oczy ludziom u władzy, ale i zwykłym Kowalskim, żeby pokazać w jakiej dupie jesteśmy, bo potrafimy pracować nad ustawą o sądach, potrafimy zmieniać gimnazja na podstawówki, a nie zajmujemy się problemem wychowania młodzieży. Generalnie mamy duży problem. Nie jestem w stanie zaakceptować tego, że w klasach 1-3 pani od polskiego lub matematyki uczy w-f nie ściągając szpileczek z nóg i zajęcia odbywają się na korytarzu, czy w pokoju nauczycielskim. To jest chora sytuacja, patologia. Mówimy o wielkim sporcie a popatrzmy na Słowenię, która ogrywa nas w każdej dyscyplinie sportu, w Sztokholmie koszykarze wygrali Eurobasket, siatkarze nas tłuką. Przypominam, że Słowenia ma 2 miliony ludzi. Tylko na Bałkanach i Europie wschodniej kult sportu jest zaszczepiony w rodzicach. To nie jest wina dzieci. To jest wina twoja, moja. Jesteśmy wszyscy korposzczurami. Każdy z nas ma kredyt, pracuje nie do 16, jak nasi rodzice, tylko do 21, a nasze dzieci tłuką w tablet zamiast na trzepaku, bo trzepaków już nie ma. Jakbym zapytał co to jest trzepak, to szukałaby aplikacji w telefonie, a nie pokazała placem na podwórko. Jesteśmy w dupie jeżeli chodzi o sport młodzieżowy. Uświadommy sobie to bardzo mocno. Takie idee jak Akademie siatkówki, piłki nożnej, lekkiej atletyki czy piłki ręcznej są nam potrzebne. Kultura fizyczna to jest fantastyczna rzecz, ale szkoda, że tak łatwo szasta się tym sformułowaniem w kampanii wyborczej. Ci ludzie nigdy nie byli w sali i nie poprowadzili zajęć z młodymi ludźmi, Mówmy o tym głośno. Potrzebujemy reformy, potrzebujemy pokazania młodym ludziom, że sport to jest naprawdę ważna rzecz. Nie chodzi o to, żebyś był zawodowym sportowcem, Chodzi o to, żebyś wychował się w duchu sportu, w duchu rywalizacji i akceptacji. Ktoś jest mały, ktoś inny chudy, gruby, brzydki. Ćwiczysz w parze z dziewczyną, z kolegą, grupy koedukacyjne. Otwórzmy tym dzieciakom możliwość wychowania przez sport. Jak patrzę na orliki, to o godzinie 19 biegają po boisku tacy panowie jak ty, czy ja, a nie młodzież. To jest złe, to jest patologia.

- Żeby coś zmienić, to trzeba wejść do środka. Polityka?

- Polityka albo milion Kadziewiczów, Dobrowolskich i Siezieniewskich, którzy będą chcieli po normalnej pracy przyjść do hali i pokazać dzieciakom, że odbijanie jest fajne. Ja potem dostaję dwunastoletniego dzieciaczka, który nie umie zrobić przewrotu w przód albo w tył. Najpierw minister, szef oświaty, edukacji, wychowanie przez sport. Czy ja mógłbym być ministrem? Nie, mam za dużo trupów szafie. Z reszta polityka to nie jest rzecz, która mnie bawi. Jestem za modelem szwajcarskim, więc nie. Sport i polityka, nie dotykajmy tego (śmiech - red.).

- Czego życzyć "Kadziowi"?

- Zdrowia, tylko i wyłącznie. Jak mówią Rosjanie, jak będzie zdrowie, to całą resztę kupimy. Żart, ale jak będzie zdrowie, to na całą resztę zapracuję.

Tagi: Znani nie tylko w Olsztynie Łukasz Kadziewicz Indykpol AZS Olsztyn

Komentarze

  1. 09.10.17 14:29 lopez

    gdyby nie alkohol i trudny charakter zaszedł by jeszcze dalej!

  2. 02.10.17 16:10 kibic

    to sieierdalaj do swojej ległe lachu

 _     _             
| |   (_)            
| |__  _ _ __  _   _ 
| '_ \| | '_ \| | | |
| |_) | | |_) | |_| |
|_.__/|_| .__/ \__,_|
        | |          
        |_|          
 

Twitter