Grzegorz Wódkiewcz. Fot. Emil Marecki / sport.egit.pl

Grzegorz Wódkiewcz. Fot. Emil Marecki / sport.egit.pl

"Znani nie tylko w Olsztynie": Grzegorz Wódkiewicz

26.08.17 22:01   kyn   0  

Piłkarz Zawiszy Bydgoszcz, Amiki Wronki, Arki Gdynia. Dwukrotny zdobywca Pucharu Polski i uczestnik europejskich pucharów. Trener młodzieży, zespołów trzecioligowych. Teraz asystent Tomasza Asenskyego w Stomilu Olsztyn. Zapraszamy na długą rozmowę z Grzegorzem Wódkiewiczem.

- Standardowe pytanie na początek. Jak to się zaczęło, że Grzegorz Wódkiewicz został piłkarzem?

- Chyba urodziłem się z pasją. Mimo tego, że pochodzę z małej miejscowości, praktycznie wsi, oddalonej od Bydgoszczy o 80 kilometrów, to od pierwszych chwil życia, praktycznie nie mając możliwości treningu, bo były tylko SKS-y w szkole, drużyna Noteć Gębica miała tylko seniorów, więc był problem z czymkolwiek, byłem blisko piłki. Ojciec był kierownikiem drużyny, prezesem i spędzałem na meczach, na boisku tyle minut, że była gdzieś ta wiara, że zrobię wszystko by być w przyszłości piłkarzem. Wcześniej nie było możliwości i tak naprawdę dopiero po ukończeniu szkoły podstawowej mogłem zacząć trenować z seniorami. Oczywiście całe życie spędziłem na boisku. Organizowało się turnieje, praktycznie tak, jak teraz, ale robiło się to inaczej. Hamaki, trzepaki, drzewa to była codzienność i naturalna nauka. Zmobilizowałem rodziców, żeby poszukali szkoły, w której będę mógł się nawet nie rozwijać, bo ciężko mówić tu o rozwoju, nie mając żadnej przynależności juniorskiej, a zacząć na poważnie uczyć się piłki. Rodzice znaleźli w Bydgoszczy liceum o profilu sportowym. To był pierwszy krok do większej piłki. To co zobaczyłem w Bydgoszczy mieszkając w internacie, to było coś wielkiego. W Noteci były dwie, trzy piłki na drużynę, a tam się okazało, że piłkę będzie miał każdy lub piłkę na parę. Internat, praca siedem-osiem godzin w tygodniu, nawet do dziesięciu, gdy wcześniej były dwie. Dobry przeskok i nie było z tym problemów. Wszystko bardziej budowało, niż podcinało skrzydła. Wiele człowiek przeżył i potem to wszystko kontynuowałem. Zostałem zawodnikiem drużyn juniorskich w Zawiszy, a potem aż po debiut w Ekstraklasie, wtedy I lidze, jako 19-latek. Potem przekazywałem to młodzieży, z którą pracowałem, że tylko ciężką pracą można coś osiągnąć, na co dawałem osobisty przykład. Tak naprawdę, w czwartym roku normalnego treningu gry w piłkę nożną zadebiutowałem w Ekstraklasie.

- Jak wyglądała dalej pana kariera?

- Nie mi oceniać, czy miałem szanse, czy nie, na pewno było w tym trochę szczęścia. Później było już trochę trudniej utrzymać te grę co tydzień, ale cały czas przyświecał mi ten cel, spełnienie tych najskrytszych marzeń jako młodego chłopaka. Spadek Zawiszy do niższej ligi pozwolił mi paradoksalnie się rozwinąć, bo mogłem więcej grać. Lepiej zrobić ten krok do tyłu, by potem zrobić dwa naprzód. Spadek spowodował, że zostałem w Zawiszy, miałem pewniejsze miejsce w składzie, byłem wybierany do jedenastek kolejek drugiego frontu i to pozwoliło mi po roku wrócić na poziom wyżej. Zostałem sprzedany z Zawiszy do Amici Wronki i dalej potoczyło się wszystko już w innym wymiarze. Była Ekstraklasa, po dwóch latach były europejskie puchary. Zaczęły spełniać się marzenia. Potem oczywiście dochodziły kolejne cele i cały czas były realne. Zacząłem myśleć o reprezentacji, mimo wszystko i udało się to także zrealizować. Co prawda nie ta pierwsza, ale były reprezentacje A i B, trenerem Piechniczek i zostałem powołany. Za pierwszym razem miałem kontuzję, ale już za drugim razem miałem możliwość z tego skorzystać. Mazurka Dąbrowskiego człowiek wysłuchał, koszulka z orzełkiem na piersi jest w domu. Wiadomo, z perspektywy czasu można było tego wydusić zdecydowanie więcej, ale patrząc teraz, jakie są możliwości, kto z boku podpowiada, jak podpowiada, jak ukierunkowuje. Tak to wyglądało w telegraficznym skrócie.

- Właściwie jest pan zawodnikiem dwóch klubów - Zawiszy i Amiki. Tam spędził pan większość swojej kariery.

- Jeśli chodzi o dłuższe pobyty, to tak. W międzyczasie było półroczne wypożyczenie do Zagłębia Lubin. Potem na pół roku znalazłem się w Radomsku, też w najwyższej klasie rozgrywkowej, a potem przejście do Arki Gdynia i w w Arce się to wszystko na poziomie profesjonalnym skończyło. Były pewne epizody, np. dwutygodniowy obóz z Ruchem Chorzów, ale wróciliśmy a w mieszkaniu drzwi pozamykane a rzeczy na klatce. Jeden klub mnie ukształtował, pokazał piłkę, a drugi nauczył profesjonalizmu. Także okres był inny, bo w Amice było to 10 lat później, a u nas się wszystko bardzo dynamicznie wtedy rozwijało. Te dwa kluby miały największy wpływ na mój rozwój i funkcjonowanie jako zawodnika.

- Miła pan szczęście do utytułowanych trenerów, wielkich polskich piłkarzy.

- Tych trenerów to było więcej, bo zaczęło się od Grzegorza Lato, potem Andrzej Szarmach w Zagłębiu Lubin, Kusto w Arce Gdynia, Janas z Majewskim w Amice. Janas był dyrektorem klubu, przyszedł wprowadza inne rzeczy, jeszcze więcej profesjonalizmu. W międzyczasie był tez trener Gzil, który był powoływany do tej reprezentacji, otarł się o nią, ale nie zadomowił się w niej, ze względu na grę tych mocniejszych zawodników. Mnóstwo trenerów przeżyłem w karierze, chociażby Bobo Kaczmarka w Zawiszy. W ogóle w Zawiszy miałem taki okres, że co trzy miesiące był nowy trener, więc dla rozwoju piłkarskiego to jednak za często. Najdłużej pracowałem z trenerem Majewskim w Amice Wronki.

- To trener Majewski miał na pana największy wpływ?

- Tam już się czegoś nauczyłem, Wrócił z zagranicy i wprowadził pewne standardy, które były przyniesione z Bundesligi, ale też nie chciałbym umniejszać tym trenerom, którzy robili tę najtrudniejszą robotę. Krótko, bo tylko pół roku, ale Bobo Kaczmarek mocno mnie ukształtował. On miał inny wpływ na młodzież i spotkaliśmy się w dobrym czasie i w dobrym miejscu. Dużo poświęcał rozwojowi młodzieży i w tym momencie by dla mnie idealny. Przed trenerem Majewskim duży profesjonalizm wprowadził trener Stanisław Gzil, sprowadzony do Wronek z Belgii. Chciał wprowadzać te zachodnie standardy, ale jakby wiedza działaczy nie szła jeszcze z tym w parze. Za szybko przyniósł pewne rzeczy, których wtedy nie udało się zrealizować we Wronkach. Rok później już tak. Działacze, podobnie jak zawodnicy i trenerzy, tez się czegoś uczą. Działacze potrzebowali jeszcze czasu, by wszystko złapać, nauczyć się tej najwyższej klasy rozgrywkowej, bo to był młody klub. Przyszedł trener, który dużo oczekiwał, a okazało się, że w małej miejscowości tego nie ma. Posiłkowano się wiedzą z Lecha Poznań, który gdzieś podupadał, zawodnicy z niego też do nas poprzychodzili, plus ci zawodnicy transferowani i ta wiedza zaczęła docierać do klubu. Działacze uczyli się z nami wspólnie. Nie wróżono Amice dobrze, bo w krótkim czasie, obok w Pniewach powstał Sokół i na jego przykładzie będzie tak samo z Amicą - dzisiaj jest, jutro nie ma. Okazało się, że jest do dzisiaj. Może nie ma tam piłki na poziomie, ale powstały wspaniałe tereny do treningów, baza. Obok w Groclinie to samo. To pokazuje, że budować piłkę trzeba jednak w dużych miejscowościach, jeśli się myśli długofalowo. Amica jednak zrobiła to, co chciała i potrzebowała, bo powstawały nowe linie produkcyjne, nowe produkty i trzeba było to sprzedać. Nasz rynek był chłonny, ale trochę zapchany. Byłem w trakcie tego wszystkiego kapitanem zespołu i miałem jakby troszkę większą wiedzę. Spotykałem się z tymi ludźmi. Potrzeba im było rynku niemieckiego. Puchary były po to, co oczywiście nie jest takie łatwe, by wylosować drużynę niemiecką. Dopiero chyba w trzecim roku była Hertha Berlin i to było spełnienie marzeń. Działacze bardziej cieszyli się z gry z Hertha niż z Atletico Madryt. Z Atletico wiąże się fajna anegdotka. Hiszpanie przyjechali do nas na rewanż. Udostępnienie głównej płyty na dzień przed meczem było wtedy europejskim standardem. Przyjechali, wszystko ładnie pięknie, zadowoleni. My obserwowaliśmy ich jak kibice, bo wcześniej oglądani w telewizji, teraz byli na naszym stadionie. Po wszystkim mówią nam, że mamy super bazę treningową, ale gdzie jutro jest mecz? Takie fajne rzeczy człowiek przeżył i wbrew pozorom wcale nam to niczego nie umniejszało, wręcz dawało lepszy kontakt z tymi gwiazdami.

- Przy temacie Amiki nie da się niestety nie wspomnieć o Fryzjerze. Jakaś styczność, niemiłe sytuacje?

- Nie. Jako zawodnicy nie mieliśmy z tym styczności, z tymi ciemnymi rzeczami. Nawet inaczej, ja byłem kupowany przez Forbricha, nawet nie wiem jaka on tam funkcję pełnił w klubie. Przyjechał do Bydgoszczy, dogadał się z działaczami Zawiszy. Z resztą wtedy w Amice budowa zespołu był oparta na takich fajnych wzorach, bo oni pieli się od czwartej ligi. Mieli czwarta ligę, wygrali ja i zabrali najlepszych zawodników z każdej drużyny w czwartej lidze, To miało wystarczyć na ligę trzecią. Potem w trzeciej lidze jest awans, znów zabierają najlepszych. Tak samo była budowana pierwsza liga w Amice, rywalizowaliśmy z nimi o powrót po spadku i tez powyciągali wyróżniających zawodników, a skład dopięli mocniejszymi piłkarzami i tak powstała drużyna. A wracając do Fryzjera, nie mieliśmy styczności z tym co się dzieje i jak się dzieje. Ja nie uczestniczyłem w tym pierwszym meczu z Aluminium Konin, gdzie różne rzeczy zostały udowodnione, gdy Amica po raz pierwszy zdobyła Puchar Polski. Widzieliśmy różne rzeczy, ale jakby nie dotyczyło to tylko nas, Uczestniczyła w tym cała Polska piłka, od pierwszej ligi, po najniższą. Zachowania trenerów, jacy trenerzy przyjeżdżali, co wyprawiali na ławkach, można by opowiadać. To jednak była jakby normalność i to było najgorsze. Kto był cwańszy, kto był bogatszy, to osiągał lepsze wyniki. Jako zawodnicy nie uczestniczyliśmy w tym, sędzia dziś nam pomógł, za tydzień nas skrzywdził i bardziej odbieraliśmy to jako błąd, niż jakieś zakulisowe rozgrywki pozasportowe.

- Został pan trenerem. To naturalne przejście, ale jak to było u pana?

- Niby naturalne, ale nie u wszystkich. Już będąc w Amice Wronki, Czesiek Michniewicz zorganizował nam podstawowy kurs trenerski. To się czuje mając 27-28 lat, co dalej chce się robić, że chce się ten kontakt ze sportem nadal mieć i Czesiek był w tej grupie zawodniczej z nami i zaproponował na AWF-ie w Gdańsku zrobienie papierów. Zebrała się nas grupa 8 czy 9 zawodników i zrobiliśmy ten kurs eksternistycznie. Grając w Gdyni zrobiłem ten drugi i trzeci stopień papierów trenerskich. Zrobiłem także kolejne, bo zaczęły się te pierwsze poważniejsze urazy i pierwszą moją pracą jako trenera było asystowanie trenerowi Markowi Kusto. Miałem zerwanie więzadeł krzyżowych, a że zawsze starałem się wyciągać ze wszystkiego dobre rzeczy, to zdecydowałem się na pomoc trenerowi i byłem odpowiedzialny za analizę, jeździłem i nagrywałem mecze przeciwników. Na tym etapie, to była bardzo ciekawa praca, z innym spojrzeniem jako zawodnika. Ten uraz był na tyle poważny, że nie pozwolił mi na funkcjonowanie w profesjonalnym sporcie. Wróciłem do Bydgoszczy. Papiery umożliwiały mi prowadzenie drużyn, ale to czysto teoretycznie. Potrzebowałem więc praktyki i zacząłem prace jako młody trener w OZPN-ie Kujawsko Pomorskim. Starałem się też trenować grupy młodzieżowe Zawiszy Bydgoszcz, chociaż wtedy Zawisza był bardzo nisko. Koordynator grup młodziezowych Zawiszy i praca w związku - najpierw jako trener reprezentacji, a potem praca w szkole.

- Skąd znacie się z trenerem Asenskym? Asystent to jednak zaufana osoba.

- To jest tak, że my się bardzo długo znaliśmy. Jednak Bydgoszcz i Grudziądz to miasta blisko obok siebie. Gdzieś na boisku nie mieliśmy styczności i trudno dokopać się kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. Ilość turniejów olboyowskich, jakie rozgrywaliśmy razem, pozwala sądzić, że właśnie gdzieś tam. Potem trener pracował w Olimpii Grudziądz, ja byłem trenerem reprezentacji województwa, więc gdzieś ten kontakt był. Młodzież to jednak duże środowisko, niekoniecznie drużyna seniorów była wysoko, ale zawsze można było tam znaleźć ciekawych młodych zawodników. Tam rozpoczął się nasz bliższy kontakt, później zaliczyliśmy taki okres rywalizacji, bo obaj prowadziliśmy zespoły w trzeciej lidze. To zbliżyło nas jeszcze bardziej i tak się to wszystko potoczyło. Dzisiaj pracujemy razem w Olsztynie.

- Długo się pan zastanawiał nad przyjęciem propozycji? Stomil niestety jest znany z tego w Polsce, że tutaj jest ciągle problem.

- Moja praca na poziomie trzeciej ligi pokazała mi problematyczne miejsca pracy. Może wybór trenera był właśnie taki, że to będzie problem na innej płaszczyźnie. My tu wewnętrznie nie odczuwamy problemu, przyszliśmy nowi, o wielu rzeczach się mówi, które były, ale z nami jest jak z młodymi zawodnikami, którzy dostają szansę na zafunkcjonowanie. Nie mają nic do stracenia i tylko można zyskać. Tym bardziej, gdy jest przysłowiowe zło, to korzystny wynik jest inaczej odbierany. Nie było więc tutaj jakiegoś dłuższego zastanawiania się. Mam możliwość pokazania się, zdobycia przede wszystkim wiedzy i praktyki, bo trener Asensky od kilku lat funkcjonuje na poziomie pierwszoligowym, jako trener czy asystent, więc mam się od kogo uczyć. Jeżdżąc do szkół do Białej Podlaskiej, czy do Warszawy, to jest dużo teorii, mniej praktyki, a tutaj mam praktykę w każdym dniu. To może tylko we mnie zostać. Śmiem twierdzić, że przez cztery tygodnie pracy jako asystent, co nie jest dla mnie żadną ujmą, nauczyłem się więcej, niż będąc 10 lat w szkołach, więc dla mnie jest to wspaniała sprawa. Przypomina się też chłopaków, których spotkało się w karierze zawodniczej czy trenerskiej, jeździmy po kraju, fajnie jest się spotkać, porozmawiać, powspominać. Kryterium mojego wyboru nie był jakiś problem w Olsztynie, coś złego czy dobrego, tylko chęć pracy i rozwijania się cały czas i pozostawania przy piłce na wysokim poziomie.

- Jak dotychczas pracuje się panu w Olsztynie?

- Nie mam jeszcze skali porównawczej, można popytać innych. Pracy bardzo dużo, takiej, która na razie może jeszcze nie daje efektów piłkarskich, ale liczę, że jednak się to wszystko poukłada. Praca bardzo różnorodna, jest jej dużo, ale czasu mam zdecydowanie więcej niż w trzeciej lidze. Mogę się także poświęcić, bo mam firmę, która zapewnia utrzymanie mi i rodzinie i nie muszę z piłki tak bezpośrednio żyć. Głowę mam jakby czystszą, chcę się uczyć, realizować i pomóc Stomilowi i trenerowi, by piłka była stabilna w Olsztynie.

Rozmawiał Krzysztof Betkier

Tagi: Grzegorz Wódkiewicz Stomil Olsztyn Znani nie tylko w Olsztynie

Komentarze

              __ _ 
             / _(_)
 _ __   ___ | |_ _ 
| '_ \ / _ \|  _| |
| | | | (_) | | | |
|_| |_|\___/|_| |_|
                   
                   
 

Twitter