Marcin Kuś. Fot. sport.egit.pl

Marcin Kuś. Fot. sport.egit.pl

"Znani nie tylko w Olsztynie": Marcin Kuś

11.10.16 19:30   em   4  

Wychowanek Polonii Warszawa, piłkarz m.in. Torpedo Moskwa, czy Ruchu Chorzów mieszka teraz... w Olsztynie. Zawodnika z bogatym CV można spotkać podczas spotkań Olsztyńskiej Ligi Szóstek. Co Marcin Kuś robi w stolicy regionu? Odpowiadamy w naszym wywiadzie z cyklu "Znani nie tylko w Olsztynie".

- Co Marcin Kuś robi w Olsztynie? Jesteś przecież wychowankiem stołecznej Polonii, a grałeś m.in. w Poznaniu, Kielcach, czy Chorzowie.

- Obecnie mieszka (śmiech - red.). Nie jestem rodowitym olsztynianinem, pochodzę z Warszawy. Żona wychowała się w Olsztynie i właśnie tutaj zdecydowaliśmy się zamieszkać. Dzieci w tym mieście mają szkołę, przedszkole.

- Zapewne dużą rolę w tym, że mieszkasz teraz w stolicy Warmii i Mazur, miał były zawodnik Stomilu Olsztyn - Rafał Szwed - Twój szwagier.

- Rafał do Polonii Warszawa trafił wiosną 2003 roku. Wtedy wszyscy przyjezdni mieszkali praktycznie w jednym bloku. Też tam dostałem mieszkanie, a moja żona studiowała wówczas w Warszawie. Tak się poznaliśmy. Gdyby Rafał nie trafił do Polonii to pewnie byśmy się nie poznali.

- W ubiegłym roku Marcin Kuś zakończył karierę. To dla kibiców było spore zaskoczenie. Nagle podjąłeś decyzję o zakończeniu gry na poziomie zawodowym?

- Na początku 2015 roku naderwałem sobie mięsień prosty prawego uda przy samym przyczepie. To było gdzieś w lutym. Lekarze zasugerowali mi żebym poddał się operacji. Nie zdecydowałem się na to. Wyleczyłem ten mięsień, wróciłem do treningów. Po trzech spotkaniach w drużynie rezerw kontuzja się odnowiła. Już przy pierwszym urazie pojawiła się myśl, że czas kończyć, ale podjąłem jeszcze jedną próbę wyleczenia się i powrotu na boisko. Z perspektywy czasu udało się to połowicznie. Przy odnowieniu urazu albo operacja, albo nie będę mógł już trenować na wysokim poziomie obciążeniowym. Nie chciałem poddawać się kolejnemu zabiegowi, gdzie czas rehabilitacji i powrotu na boisku wyniósłby około sześciu miesięcy. Kończył się wtedy kontrakt z Ruchem Chorzów, więc w maju podjąłem decyzję, że czas zakończyć karierę.

- Gra na przykład w II, czy III lidze nie wchodziła w ogóle w rachubę?

- Przyznam się szczerze, że gra nawet w I lidze mnie nie interesowała. Gdybym się wyleczył, trochę bym potrenował, to wspólnie z menadżerem byśmy coś wymyślili. Ciężko teraz gdybać, czy byłaby to Ekstraklasa, czy I liga, czy II. Kategorycznie powiedziałem, że niższe szczeble rozgrywek nie wchodzą w grę. Dzieci mam już w takim wieku, że nie chciałem im fundować kolejnych przeprowadzek. Moja córka chodzi teraz do III klasy i nie chciałem, żeby znowu zmieniała szkołę, znajomych, otoczenie. Wszystko tak się skumulowało, że podjąłem taką decyzją.

- Środowisko piłkarskie w regionie jest małe i na pewno wiedzą, że Marcin Kuś jest w Olsztynie. Nie dzwonią, nie namawiają na zmianę decyzji?

- Były takie rozmowy w zeszłym roku. Na przykład Rafał (Szwed - red.) też się mnie pytał, czy bym nie chciał jeszcze pograć w Stomilu. Nie chcę jednak nikogo oszukiwać, a tym bardziej siebie. Niby jest wszystko okej, ale cały czas w głowie by to siedziało, czy mięsień wytrzyma, czy będę zdrowy.

- Całkowicie ze sportu nie można tak zrezygnować.

- Jeżeli od 7-8 roku życia robi się to co się kocha, to nie można tak tego wszystkiego przerwać, jest to nie możliwe. Piłka nożna jest dla mnie na pierwszym miejscu, ale interesuje się także innymi sportami. Zawsze chciałem grać w tenisa, teraz mam taką możliwość. Sport zarówno dla mnie jak i dla moim bliskich jest bardzo ważny.

- Co robi teraz Marcin Kuś? Odpoczywa, cieszy się rodziną? Masz jakiś pomysł na dalsze życie?

- Idealnie trafiliśmy z tym wywiadem, bo powoli zaczynam tworzyć, rozkręcać, szkolenie młodzieży. Wczoraj (rozmawialiśmy w czwartek w zeszłym tygodniu - red.) odbyły się pierwsze zajęcia z czterolatkami. Będę chciał wprowadzić trening indywidualny pod moim okiem. Mam ukończone papiery coerver coachingu. Jest to bardzo fajny system szkolenia piłkarskiego, wywodzi się z Anglii. W Polsce obecny od 5-6 lat. Oficjalnej akademii coervera w Polsce jeszcze nie ma. Ja będę chciał treningi oprzeć na tej filozofii oraz na doświadczeniu zdobytym w Polsce oraz zagranicą. Oficjalnie jeszcze nie mam wszystkiego klepniętego, nazwy, ect. Wszystko się projektuje. Zajęcia odbywają się póki co w hali. Nie ma jeszcze żadnej reklamy, więc pocztą pantoflową zapraszam na zajęcia.

- Wspomniałeś o doświadczeniu zdobytym w klubach i rzeczywiście ich trochę było w Twojej karierze. Jesteś wychowankiem Polonii Warszawa. Dlaczego akurat ten zespół? W stolicy ich przecież bardzo dużo.

- Czysty przypadek. Na osiedlu, na którym mieszkałem, pojawiły się ogłoszenia o naborze do Polonii. Tak los chciał, że mnie skojarzyło z tym klubem. Przeszedłem wszystkie szczeble wiekowe w tym klubie.

- I pojawił się sezon 1999/2000, w którym zdobyłeś mistrzostwo Polski.

- Wchodziłem wtedy do Polonii Warszawa. Z zespołu rezerw przesunięto kilku piłkarzy do treningu z pierwszą drużyną. Nie wszyscy wtedy oczywiście jeździli na mecze Ekstraklasy. W jednym meczu zagrałem. Przy Konwiktorskiej na ostatnie minuty wszedłem za Arka Kaliszana (spotkanie z ŁKS-em Łódź - red.). Żadnego medalu za to nie dostałem, ale jest zapisane przy moim nazwisku, że w tym sezonie zdobyłem mistrzostwo.

- Samo odejście z Polonii Warszawa nie należało do najmilszych.

- Niestety tak się tam pozmieniało po tym mistrzostwie. W pewnym momencie sponsor, który to finansował odszedł, czy popadł w tarapaty finansowanie. Poodchodzili zawodnicy, Polonię przejął nowy właściciel, porobiły się spore długi wobec zawodników. Kilku zdecydowało się podać klub do PZPN-u. To różnie się później potoczyło, ja rozwiązałem kontrakt z przyczyn sportowych z winy klubu. Sprawy w PZPN, niektóre sprawy finansowe zakończyły się na moją korzyść, a niektóre nie. Od wszystkich przegranych rozpraw się odwołałem i w sądzie pracy wszystko wygrałem.

- I wypłacili wszystko?

- Mam problem z tym do tej pory.

- Nie wiadomo od kogo egzekwować wypłatę, bo Polonia Warszawa gra w II lidze, ale to już jest inny podmiot.

- Spółka istnieje, ale nie ma majątku. Ciężko odzyskać pieniądze. W tamtych czasach Polski Związek Piłki Nożnej za dużo klubom pozwalał. I niestety zemściło się to w stosunku do zawodoników. Klub w długach, powstawała nowa spółka, ten sam stadion, ci sami kibice, ale kluby już bez długów. Ciężki okres, ale było minęło.

- W okresie gry w Polonii Warszawa pojawiła się możliwość transferu do Hannoveru 96.

- Przebywałem tam na testach. Byli mocno zainteresowani moją osobą, ale przytrafiła mi się kontuzja i nic nie wyszło z tego transferu.

- Były też opcje transferu z Polonii do Legii Warszawa.

- Z tego co sobie przypominam, to do tej Legii mogłem trafić bodajże trzykrotnie. Zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie, że nie przeniosłem się do tego klubu. Byłem nawet na rozmowach kontraktowych, ale właściciele klubów nie potrafili się dogadać.

- Przez rok grałeś w Lechu Poznań.

- To był ciężki okres dla Lecha, w tym klubie też były spore problemy finansowe. I pojawiła się oferta gry w Queens Park Rangers FC w Anglii. Nie miałem nic do stracenia. To było zaplecze najwyższej klasy rozgrywkowej. Klub potentatem nie był, ale to była szansa dla mnie. Z perspektywy czasu wiem, że styczeń, luty, to zły okres na transfer do Anglii. W Polsce liga kończyła się z początkiem grudnia. Ja pojechałem tam bez przygotowania motorycznego, na którym głównie bazowałem. Nie wiem, czy teraz bym się zdecydował na taki transfer.

- Po pół roku pobytu zjawiła się oferta gry w Rosji.

- W tamtym czasie doszło do połączenia Amiki z Lechem Poznań (2006 rok - red.). Mieli na mnie jakiś pomysł, ale pojawiła się oferta z Torpedo Moskwa. Amica/Lech ze mną się rozliczyła. Podpisałem trzyletni kontrakt, ale grałem tylko pół roku. Gdzie nie poszedłem, to za chwilę zwalniali trenera, który mnie ściągał. W Anglii było podobnie. W Moskwie trenera zwolnili po dwóch-trzech miesiącach mojego pobytu. Mieliśmy tam bardzo fajny zespół pod względem indywidualności, niektórzy później poodchodzili do lepszych klubów. Nie było tam jednak atmosfery w szatni, nie było więzi między Rosjanami, a obcokrajowcami. Trener także był lekko wycofany, nie potrafił tego scalić. Przyszedł trener z rezerw i wymyślił sobie, że będzie stawiał na młodych. Moja żona była w ciąży w tym okresie i podjęliśmy decyzję, że wracamy do Polski. W ostatnim dniu okienka transferowego udało mi się trafić do Korony Kielce.

- Chciałbym jeszcze wrócić do okresu gry w Rosji. Liga bardzo ciężka jeżeli chodzi o podróże do innych miast.

- Najciężej było lecieć do Władywostoku (Moskwę od Władywostoku dzieli ponad 9000 kilometrów - red.). Samolotem leciało się osiem godzin. Dochodzi do tego zmiana czasu i gdy chciałeś kłaść się spać, to trzeba było wyjść na boisko. Ja już tego dobrze nie pamiętam, ale to było bardzo uciążliwe. Nie jest to dobre dla żadnego zawodnika. My i tak mieliśmy łatwiej bo w samej Moskwie było 5-6 klubów, a co mają powiedzieć inne kluby, jak musiały w jednym roku przylatywać tyle razy do stolicy Rosji.

- Jak wspominasz pobyt w Koronie?

- To był fajny okres gry w Kielcach. Graliśmy w finale Pucharu Polski (2007 rok - red.), co prawda przegraliśmy w finale z Dyskobolią Grodziska Wielkopolski, ale mi się wtedy córka urodziła, to mam dobre wspomnienia.

- Z Korony Kielce trafiłeś do Turcji. Jak to się stało, że trafiłeś do İstanbul Büyükşehir Belediyespor Kulübü.

- Oglądali mnie na żywo w dwóch spotkaniach i postanowili, że chcą mieć mnie u siebie. Nie będę ukrywał, że miałem pewne obawy jak usłyszałem, że mam iść do Turcji. Wiadomo jakie są opinie Polaków na temat tego kraju. To jest jednak niewiedza. Jak pierwszy raz poleciałem na badania, to byłem mile zaskoczony, że tak mnie przebadali. Największe obawy mieliśmy o naszą córkę, która wtedy miała ponad rok. Turcy jednak wszystko pozałatwiali. Jak potrzebowaliśmy pomocy, to jeden telefon i wszystko było ogarnięte. Dla większości kibiców ten klub to anonim. Gdy przychodziłem, to był to młody klub, który jakiś czas temu odłączył się od innego. Klub dotowany z miejskiej kasy. Organizacja i wypłacalność na bardzo wysokim poziomie.

- Wszystko fajnie, aż do momentu, gdy stałeś się tam niepotrzebny.

- To była dziwna sytuacja. Po urlopie zawsze przylatywałem na początek lipca, bo zawsze tak mieliśmy treningi. Wtedy też tak było. Zadzwoniłem do kierownika, o której pierwszy trening i się zdziwiłem, bo podał mi inne miejsce niż zawsze. Dopiero wtedy przekazano nam informację, że trener nie widzi nas w zespole, a trochę tych zawodników było. Trener nie przekazał nam tego osobiście. Miałem wtedy dwa lata ważnego kontraktu, a klub chciał je z nami rozwiązać, oczywiście na takich warunkach, że mnie to nie satysfakcjonowało. Co ciekawe dostaliśmy swojego trenera, nie było mowy o żadnym noszeniu worków z cementem w "klubie kokosa". Ten szkoleniowiec powiedział, że postara się nas przygotować do gry w innym klubie. Przyszedł moment, w którym przestali nam płacić. Wypowiedziałem umowę przez FIFA, spakowałem się i wróciłem do Polski.

- Nie było żadnych innych ofert z Turcji? Solidnie przecież prezentowałeś się w tej lidze.

- Nie chciałem iść głębiej w Turcję. Żona była w ciąży z drugim dzieckiem. W Stambule, gdzie mieszkaliśmy mieliśmy znajomych, na których mogliśmy liczyć, a gdzieś indziej w Turcji trzeba by było zaczynać od nowa. Wolałem wrócić do kraju.

- Jak wspominasz kibiców z Turcji, którzy wyróżniają się mocno na tle innych krajów, w których grałeś.

- Publiczność była żywiołowa, agresywnie nawet reagująca na wydarzenia boiskowe, ale mi to nie przeszkadzało. Tam każdy interesuje się piłką i sportem. Gdy w sklepie dowiadywali się, że jestem obcokrajowcem, natychmiast pytali się jaki sport uprawiam. Tam gdzie mieszkałem, to już mnie znali i zawsze jak gdzieś szedłem to mnie pytali o wszystko. Najfajniejsza atmosfera panowała na stadionie Besiktasu, który jest położony w takiej jakby dolinie. Graliśmy tam klika razy, jak kibice zaczęli gwizdać, to aż ciarki szły przez plecy.

- Po powrocie z Turacji trafiłeś do Górnika Zabrze, ale tam nie zagrałeś nawet minuty.

- Nie byłem uprawniony do gry. Toczył się spór z Turkami w FIFIE. Argumentacja FIFY była taka, że umowę wypowiedziałem w trakcie okienka transferowego, bodajże 20. lutego, a z Górnikiem Zabrze związałem się w marcu i nie wydali mi warunkowego pozwolenia na grę. Trener Adam Nawałka był na tyle uprzejmy, że pozwolił mi trenować cały czas z zespołem do końca sezonu.

- W następnym sezonie grałeś już jednak w Cracovii.

- Gdy tylko dowiedziałem się, że nie będę mógł zagrać w Górniku, to poinformowałem klub, że nie chce otrzymywać pensji, tylko chcę trenować. Pojawiły się takie głosy, że biorę pieniądze, a grać nie mogę. Górnik przedstawił mi nową propozycję, ale oferta Cracovii trenowana przez Wojciecha Stawowego była zdecydowanie ciekawsza.

- I tego grania już było coraz mniej.

- Mam mieszane uczucia z pobytu w Krakowie. Mam tutaj tylko i wyłącznie na myśli sprawy sportowe, bo samo miasto jest super do życia. Nie pasowałem do filozofii trenera Stawowego. Nie wiem, czy to brak charakteru, czy brak umiejętności, nie pasowało mi to. I wylądowałem w Ruchu Chorzów.

- Nie udało się na Śląsku zagrać w Górniku Zabrze, w Ruchu Chorzów jednak za dużo tych spotkań także nie było.

- Oferta przyszła niespodziewanie i podpisałem roczny kontrakt. Na początku trenerem był Ján Kocian i mało by brakowało, że byśmy awansowali do fazy grupowej Ligi Europejskiej (Ruch opadł w IV rundzie z Metalistem Charków - red.). Ruch to bardzo specyficzny klub, też mają poważne problemy finansowe. Jak przyszedł trener Waldemar Fornalik to musiałem położyć się na stół wyczyścić kolano i już na początku zostałem "spalony". Takie jest życie, kontuzje nigdy mnie nie omijały. Takie już mam zdrowie.

- Sporo klubów, więc i sporo ciekawostek, anegdot się znajdzie.

- W Turcji np. trener mówił tylko w swoim języku. Uczyliśmy się tego tureckiego, ale mieliśmy swoich tłumaczy. Na odprawach byli tłumacze angielskiego, francuskiego, czy portugalskiego. Jeździli z nami normalnie na mecze. Nie musiałeś się przejmować, że czegoś nie rozumiałeś. Skupiałeś tylko na treningach oraz grze. Oczywiście podstawowe piłkarskie słówka natychmiast się uczyło. W Rosji natomiast było to inaczej zorganizowane. Ja w szkole uczyłem się rosyjskiego, więc w głowie coś zostało. Trener nie był wylewny, był spokojny, to co miał powiedzieć na odprawie, to powiedział.

- Z kariery klubowej możesz być wyraźnie zadowolony, oczywiście zawsze może być lepiej, ale nie masz prawa narzekać. Jeżeli jednak chodzi o reprezentację Polski, to była ewidentnie przygoda, bo tylko siedem spotkań i tylko towarzyskie.

- Kontuzje mnie nie omijały. Co przychodziło powołanie do reprezentacji, to pojawiała się kontuzja, która mnie wykluczała na dłuższy okres. Nie wiem skąd się brały te urazy, ciężko mi teraz to stwierdzić. Mój kolega z Ruchu Chorzów - Łukasz Surma, blisko czterdzieści lat, a miał tylko dwie-trzy kontuzje, które wykluczyły go z treningu na kilka dni.

- Najbardziej żal pewnie tego okresu, gdy trenerem reprezentacji Polski był Franciszek Smuda, a Polska jako gospodarz mistrzostw Europy miała zapewniony awans. Trener miał ten komfort, że mógł sprawdzić wielu zawodników, a ty dobrze radziłeś sobie wtedy w Turcji.

- Ból był, szczególnie widząc, kto otrzymywał powołania. W tamtym okresie powinienem otrzymać szansę, ale nikt do mnie nie zadzwonił. A nie, dzwonili, ale żebym pomógł załatwić bilety na jedno ze spotkań ligi tureckiej, w którym to nie ja grałem (chodziło o Kamila Grosickiego - red.). Nie jestem typem człowieka, który będzie opowiadał każdemu dziennikarzowi, że należy mu się gra w reprezentacji. Żal był, ale nie można mieć wszystkiego w życiu.

Rozmawiał Emil Marecki

Tagi: Znani nie tylko w Olsztynie Marcin Kuś

Komentarze

  1. 19.10.16 14:20 czytelnik

    "Sporo klubów, więc i sporo ciekawostek, anegdot się znajdzie" - o kurde, jego odpowiedź na to pytanie mega śmieszna, boki zrywać itd. Slaby wywiad - Weszlo z Cwiakala to to nie jest.

  2. 13.10.16 13:43 Pele

    Panie Marcinie, Czesiu Żukowski w Huraganie Morąg czeka !!

  3. 13.10.16 00:01 King

    Straszny ogórek na orliku, a z zachowania straszny cham:) Pozdrawiam

  4. 12.10.16 15:46 Wiki

    Wiel Coerver (ur. 3 grudnia 1924, zm. 22 kwietnia 2011) to holenderski były piłkarz i trener. To od jego nazwiska nazwano metodę Coervera, technikę treningu piłkarskiego. W 1974 roku wraz z klubem Feyenoord Rotterdam zdobył Puchar UEFA.

                  _ 
                 (_)
  ___ _   _ _ __  _ 
 / __| | | | '_ \| |
| (__| |_| | |_) | |
 \___|\__, | .__/|_|
       __/ | |      
      |___/|_|      
 

Redakcja sport.egit.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie stomil.olsztyn.pl zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, wypowiedzi nie związane z tematem artykułu, "trolling", sformułowania obraźliwe w stosunku do innych czytelników serwisu, osób trzecich, klubów lub instytucji itp., a w skrajnych przypadkach do blokowania możliwości komentowania wiadomości przez poszczególnych użytkowników.

Najnowsze artykuły

Twitter