Cezary Kucharski. Fot. sport.egit.pl

Cezary Kucharski. Fot. sport.egit.pl

"Znani nie tylko w Olsztynie": Cezary Kucharski

29.01.16 08:00   kyn   1  

Były piłkarz Siarki Tarnobrzeg, FC Aarau, Legii Warszawa, Sportingu Gijon i Stomilu Olsztyn, w którym grał w sezonie 1999/2000 i strzelił 8 bramek. 17-krotny reprezentant Polski. Niezwykle popularny zawodnik, były poseł na Sejm RP, a obecnie menadżer, m.in. Roberta Lewandowskiego. Cezary Kucharski po turnieju Stomil Cup udzielił wywiadu dla sport.egit.pl z serii "Znani nie tylko w Olsztynie".

- Pierwsze pytanie w naszym cyklu jest zawsze takie samo. Jak to się stało, że został Pan piłkarzem?

- Myślę, że tak jak większość chłopaków chcących zostać piłkarzami, zacząłem grać na podwórku. Z tatą, z bratem, z kolegami graliśmy w Łukowie gdzie się dało, organizowaliśmy się w dzikie drużyny, ulice na ulice, osiedle na osiedle. Byłem na tyle dobry, że trener zaprosił mnie do Orląt Łuków. Miałem wtedy 14 lat i zacząłem grać w klubie. Teraz wydaje się to późno, ale wtedy to była optymalna sytuacja. Grałem z kolegami i nikt mnie nie ograniczał. Mogłem kiwać się do woli, strzelać do woli, mogłem grać od rana do wieczora, ile miałem sił. Żaden trener mnie nie ograniczał. Teraz widzę często trenerów, którzy zabraniają dryblingu, na treningu, na meczu. Według mnie to stopuje młodych zawodników. Wielu rzeczy sam się nauczyłem i myślę, że wtedy sporo zawodników trafiało tak do klubów. W moim przypadku wyszło to dobrze. W wieku 18 lat dostrzeżono mnie i zaproponowano kontrakt w Siarce Tarnobrzeg. Nieżyjący już trener Janusz Gałek, który w Polsce południowo-wschodniej miał dobre rozeznanie wśród młodych piłkarzy, dał mi szansę. Siarka budowała wtedy silną drużynę, która miała awansować do ówczesnej 1 ligi, co się udało. Zagrałem w ekstraklasie 50 spotkań w barwach Siarki i strzeliłem 20 bramek, co, jak na młodego 21-letniego zawodnika, było niezłym wynikiem. Grałem w młodzieżowej reprezentacji Polski. Ktoś mnie dostrzegł i wyjechałem do Szwajcarii. Wtedy właściwie z pasji podwórkowej piłka nożna stała się moim zawodem i kontynuowałem karierę dalej.

- Między Siarką Tarnobrzeg a FC Aarau była chyba kolosalna przepaść?

- Trafiłem do organizacyjnie poukładanego zespołu. Ogólnie poziom życia i innych spraw pomiędzy Polską a Szwajcarią w 1994 roku stanowił ogromną różnicę. Miałem tam kolegę, polskiego piłkarza, Ryszarda Komornickiego, który bardzo pomógł mi w aklimatyzacji i wprowadzeniu do drużyny. Przepaść życiowa była, ale sportowo dałem sobie radę. W ośmiu pierwszych spotkaniach strzeliłem po bramce i awansowaliśmy do europejskich pucharów. Zdobyłem tam dobrą markę i dostałem propozycję z Legii Warszawa. Jako mieszkaniec Łukowa jeździłem na mecze Legii, kibicowałem Dziekanowskiemu i po cichu marzyłem o tym klubie. Dostałem propozycję wzięcia udziału w budowaniu silnej drużyny na Ligę Mistrzów i zdecydowałem się na powrót do Polski. Ten powrót był udany, bo graliśmy z powodzeniem w Lidze Mistrzów, potem w Pucharze UEFA. Bardzo fajne dwa lata.

- Legia to spełnienie marzeń? Wtedy chyba najlepszy okres w Pańskiej karierze?

- Miałem różne momenty w karierze, były spadki formy, kontuzje. W Lidze Mistrzów graliśmy w ćwierćfinale, rok później wyeliminowaliśmy Panathinaikos w Pucharze UEFA, w meczu z którym strzeliłem w ostatniej minucie bramkę dającą nam awans. Kibice Legii bardzo to mile wspominają.

Potem grałem w reprezentacji Polski, pojechałem na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii, mając już 30 lat. W życiu nie marzyłem, że trafię do tej reprezentacji, a udało mi się i jestem zadowolony i dumny z tego co dokonałem.

- Piłkarze, którzy zaliczyli występ na mistrzostwach świata, to jednak wąskie grono. Panu się to udało.

- No tak, zagrałem w jedynym wygranym na tym turnieju meczu ze Stanami Zjednoczonymi. To był mecz o honor i w trochę lepszych nastrojach wróciliśmy do Polski. To niesamowite przeżycie i dla mnie sukces. Oczywiście bardzo miło też wspominam pobyt w Olsztynie.

- Zdradzi nam Pan kulisy Pańskiego przejścia do Stomilu w 1999 roku?

- Miałem trudny okres w Legii, oczekiwania wobec mnie były bardzo duże, a będąc kontuzjowanym, nie mogłem im sprostać. Miałem też konflikt z dyrektorem sportowym Władysławem Stachurskim i zostałem odsunięty od zespołu po jakimś wybryku z mojej strony. Henryk Loska, który był wtedy moim menadżerem, znał Romana Niemyjskiego, sponsora Stomilu i namówił pana Niemyjskiego do tego, by sprowadził mnie do Olsztyna. Bardzo miło wspominam ten okres, bo trafiłem na bardzo dobrego fachowca, Bogusława Kaczmarka, który odbudował moją formę w Stomilu. Oczekiwania wobec mnie też były duże, chociaż presja może mniejsza, nikt nie wymagał od nas mistrzostwa Polski. Starałem się budować moją formę, strzeliłem 8 bramek, po raz pierwszy w historii Stomil wygrał z Legią. To było historyczne wydarzenie, w którym miałem swój udział. Pamiętam, że wtedy trener warszawskiej drużyny Smuda, gdy wychodziliśmy w tunelu powiedział „Tylko mi się tutaj dzisiaj nie wygłupiaj!”, a były już głosy o moim powrocie do Legii, w żartach oczywiście, ale bardzo mnie to zmotywowało i chciałem z Legią wygrać. To taka drużyna, która zawsze motywuje przeciwników i Smuda tylko bardziej mnie podkręcił. Fajny sezon, pamiętam mecze z Widzewem, gdy strzeliłem po dwie bramki. Tu była fajna paka, świetni ludzie grali w Stomilu i, mimo, że Niemyjski wpadł już w kłopoty i nie płacił regularnie, atmosfera była bardzo dobra. Ważną rolę odegrał Kaczmarek, który przekonał nas, że warto grać nawet bez pieniędzy, bo trzeba myśleć perspektywicznie. Udało się zdobyć 8 miejsce. Ciepło wspominam swój pobyt w Stomilu.

- Kibice Stomilu, mimo, że jest Pan nierozerwalnie kojarzony z Legią, też dobrze wspominają ten okres. Z resztą, gdy potem przyjeżdżał Pan do Olsztyna na mecze, był Pan witany u nas owacjami. To chyba robiło wrażenie?

- Oczywiście, to było bardzo miłe. To tylko świadczy o tym, że pozostawiłem po sobie dobre wrażenie i właściwą pamięć. Myślę też, że ludzie doceniali to, co robiłem na boisku, grając z poświęceniem, determinacją. Ludzie myśleli, że przyjedzie z Warszawy jakaś gwiazdeczka i będzie się opalała na olsztyńskiej plaży. Tak nie było i fajnie, że nadal odczuwam sympatię kibiców i ludzi związanych z Olsztynem. Pamiętają tamte czasy i zawsze ciepło się o mnie wypowiadają. Cieszę się, po to się gra w piłkę, żeby sprawić radość kibicom i być pamiętanym przez wiele lat.

- Słyszałem takie opinie, że był Pan najlepszym lub jednym z najlepszych piłkarzy, którzy przewinęli się przez Stomil. Nauczył Pan czegoś wtedy chłopaków z Olsztyna?

- Wydaje mi się, że, mimo iż grałem z dobrą generacja piłkarzy, pokazałem to, czego się oczekuje od zawodników. Profesjonalizmu, odpowiedniego podejścia, walki do końca i właściwego prowadzenia się, także poza boiskiem. To trudne pytanie i właściwie powinno się o to zapytać moich ówczesnych kolegów. Na pewno miło mi, że tak mnie ludzie wspominają, tym bardziej, że Stomil miał kilku świetnych piłkarzy. Sam grałem w Legii z Sylwkiem Czereszewskim, czy Tomkiem Sokołowskim, więc wiem jacy to byli dobrzy piłkarze.

- Muszę o to zapytać, choć pewnie jest Pan pytany o to co chwila. Nie jest dziwne, że został Pan menadżerem, ale trafiła się Panu perełka – Robert Lewandowski.

- Generalnie uważam, że w Polsce jest dużo utalentowanych piłkarzy. Problemem jest to, że trzeba podejmować dobre decyzje, we właściwym czasie, a to jest już jakby trudniejsze. Trafiłem faktycznie na perełkę i bardzo się z tego cieszę. Myślę tez, że pomogłem „Lewemu” własnym doświadczeniem, tym, że potrafiłem zmieniać kluby, nie bałem się walczyć o żeby to piłkarz decydował o swoim życiu, a nie, często przypadkowi, działacze. Najwięcej zależy od piłkarza, ale dobry agent też jest istotny. Mogę się tylko cieszyć, że swoim doświadczeniem wyniesionym z piłki, pomogłem czy wypromowałem kilku piłkarzy. Bo to nie tylko Lewandowski. Zrobiłem transfer Krychowiaka do Sewilli, Bielika do Arsenalu Londyn, Rafała Wolskiego do Fiorentiny. Czterech polskich piłkarzy do czterech najsilniejszych lig w Europie, do czołowych klubów. To tylko świadczy o tym, że realizuję się też dobrze będąc menadżerem. To dla mnie ważne, bo mam taki charakter, że jeśli coś robię, to chcę to robić dobrze i odnosić sukces.  

- Nie kusiło Pana by zostać trenerem? To chyba taka naturalna droga dla piłkarza?

- Miałem takie myśli kończąc karierę piłkarza, ale chciałem zmienić priorytety. Chciałem by moja rodzina miała stabilność, mieszkała w jednym miejscu, a trener jednak musi zmieniać miejsce zamieszkania, jeśli jest trenerem seniorów. Priorytetem była moja rodzina i jej przyszłość. Jako piłkarz osiągnąłem to, co chciałem osiągnąć i postanowiłem się poświęcić rodzinie. Stąd też decyzja by zostać menadżerem.

- Nie żałuje Pan swojej kariery piłkarskiej, tego, że można było osiągnąć więcej? Więcej niż 17 meczów w reprezentacji, lepsze kluby?

- Gdybym miał dzisiejszą wiedzę i doświadczenie, to osiągnąłbym więcej. Dobry doradca, uczciwy, potrafi piłkarzowi pomóc, oczywiście pod warunkiem, że zdobędzie zaufanie. Nie żałuję, bo nie miałem takiej wiedzy, może i inteligencji, jaką mam teraz, ale jestem przekonany, że gdybym miał takie doświadczenie w wieku 18 lat, to zszedłbym o wiele dalej.

- Będąc agentem stara się Pan uchronić swoich podopiecznych przed własnymi błędami?

- Dokładnie tak. Teraz rozumiem co znaczą właściwe decyzje, właściwe zachowanie i właściwe podejście do otoczenia, dziennikarzy, środowiska. Gdzie są zagrożenia, na co trzeba zwrócić uwagę. Staram się im to wszystko przekazać i doradzać tak, żeby w 100 procentach mogli się skoncentrować na treningach i na meczach.

- Poplotkujmy. „Lewy” znajdzie się w Realu?

- (śmiech) O nie, nie komentuję takich doniesień.

- O ile nie dziwi fakt, że pozostał Pan przy piłce w roli menadżera, to zastanawia mnie fakt, że pobawił się Pan w politykę i został Pan posłem. Czemu się Pan na to zdecydował?

- Z prostej przyczyny. Dostałem propozycję z mojego rodzinnego miasta Łukowa, chciałem pomóc społeczności swojego powiatu, a także pomóc Donaldowi Tuskowi, którego uważam za wybitnego polityka. Zaangażowałem się w kampanię, znalazłem się na liście, poczułem zew rywalizacji i udało się wejść do Sejmu. Nie byłem zawodowym parlamentarzystą, nie pobierałem wynagrodzenia. Nie byłem także zawodowym politykiem, bardziej chodziło mi o zwiększenie możliwości powiatu z którego się wywodzę, a także chciałem pomóc Tuskowi w wygraniu kolejnych wyborów. To się udało, historia oceni te 8 lat rządów Platformy Obywatelskiej i PSL-u. Patrząc z perspektywy mojego wyjazdu jako młodego chłopaka do Szwajcarii 22 lata temu, to dokonały się w Polsce ogromne zmiany. Oczywiście, że nie wszyscy z tego skorzystali, ale ci co chcieli, to myślę, że skorzystali.

- Jako fachowiec, jak Pan oceni szanse polskiej reprezentacji na Euro we Francji?

- Myślę, że wyjdziemy z grupy, a ogromnym sukcesem byłoby dojście do ćwierćfinału. Wyjście z grupy to to, czego oczekujemy, ale chyba stać nas na więcej.

- Krążą takie opinie, że możemy z Niemcami spotkać się w finale, o ile oczywiście wyjdą z grupy z drugiego miejsca.

- (śmiech) To jest bardzo fajne, że pokonaliśmy Niemców w eliminacjach i zrzuciliśmy klątwę niemocy w spotkaniach z tą reprezentacją. Świadczy to wydatnie o tym, że zmienia się mentalność naszych piłkarzy i społeczeństwa, że nie mamy kompleksów, lub mamy coraz mniejsze, w stosunku do Europy zachodniej i mamy generację piłkarzy, których stać na wiele. To też świadczy o rozwoju tego kraju.

- Stomil Cup jest już dość popularną w Polsce imprezą dla młodych adeptów piłki nożnej. Wziął Pan udział w meczu pokazowym. Lubi Pan wspierać takie inicjatywy?

- Oczywiście, często wspieram takie inicjatywy. To jest także moja rola jako byłego piłkarza, który musi pokazywać młodym ludziom piękno piłki i zachęcać do uprawiania sportu. Teraz jest o wiele więcej możliwości i zagrożeń, które odciągają młodych ludzi od sportu i aktywności fizycznej. Traktuję to, oprócz przyjemności z grania i spotykania się w gronie przyjaciół, także jako obowiązek i misję. Oczywiście bardzo przyjemną, ale konieczną.

- Na koniec naszej rozmowy chciałbym zapytać czy przypomina się Panu jakaś anegdota związana ze Stomilem, czy z Olsztynem, coś co wzbudzi uśmiech wśród olsztynian?

- Tak, pamiętam takie jedno zdarzenie. Jak przyjechałem do Olsztyna, to spytałem się kolegów gdzie by tu można wyjść wieczorem, do jakiego lokalu. Powiedzieli mi, że jest taki lokal Joker, bardzo w swoim czasie popularny. Miałem sportowe czarne auto, czarną skórzaną kurtkę. Podjechałem tam, wszedłem do Jokera, gdzie były pustki. Gdy wychodziłem, to dwóch ochroniarzy podeszło do mnie i zasugerowało, że „ Pan tu chyba do nas przyjechał”. Byłem zdziwiony czego mogliby ode mnie chcieć i spytałem „Czym mogę służyć?”. Odpowiedzieli: „ Pan z Warszawy przyjechał, to chyba do nas”. Myśleli, że przyjechałem po haracz ze stolicy. Wzięli mnie za żołnierza mafii warszawskiej. Nie dociekałem jaka była prawda, ale coś musiało być na rzeczy.

 

Komentarze

  1. 21.02.16 20:16 Mars

    Szkoda ze nie powiedział o pomocy ze strony niemieckiego menadżera który też ma kartę Lewego od momentu gry w Zniczu

               _       
              | |      
 ___ _   _  __| | __ _ 
/ __| | | |/ _` |/ _` |
\__ \ |_| | (_| | (_| |
|___/\__, |\__,_|\__,_|
      __/ |            
     |___/             
 

Redakcja sport.egit.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie stomil.olsztyn.pl zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, wypowiedzi nie związane z tematem artykułu, "trolling", sformułowania obraźliwe w stosunku do innych czytelników serwisu, osób trzecich, klubów lub instytucji itp., a w skrajnych przypadkach do blokowania możliwości komentowania wiadomości przez poszczególnych użytkowników.

Najnowsze artykuły

Twitter